Przejdź do treści
Home » Blog » Nie szukaj winnych. Poszukaj obecności.

Nie szukaj winnych. Poszukaj obecności.

Dzisiejsze dzieci nie są zgubione. To my dorośli, często gubimy ich po drodze. Bo łatwiej jest ocenić niż zapytać. Łatwiej przykleić etykietę niż zrozumieć. A jeszcze łatwiej usprawiedliwić się słowami:
„to już nie to pokolenie”.

Mówimy, że są słabe, bo płaczą z byle powodu. Że nie mają hartu, że nie znają życia.

A może po prostu mają odwagę czuć to, co my nauczyliśmy się tłumić? Zamiast uczyć ich odporności, uczymy milczenia. Zamiast pokazywać, jak przetrwać burzę, każemy im ją ignorować.
Bo przecież „w naszym wieku” się nie rozklejało, nie prosiło o pomoc, nie mówiło o emocjach.

A potem dziwimy się, że dorastają z lękiem w oczach, z przekonaniem, że słabość to wstyd. Tak, czasy są inne. Ale to my dorośli, tworzymy klimat, w którym te dzieci dorastają. Jeśli świat stał się chłodny, to dlatego, że zabrakło w nim naszego ciepła. Jeśli dzieci milczą, to dlatego, że przez lata nie miały komu się wygadać.

Bo czasy niczego nie psują tylko ludzie, którzy przestali być obecni. Wielu młodych nie potrzebuje więcej zasad. Potrzebują więcej uwagi. Nie prędkości, lecz zatrzymania. Nie kolejnych motywacyjnych haseł o sukcesie, lecz kogoś, kto po prostu zauważy, że czasem samo wstanie z łóżka jest aktem odwagi.

Bo oni już mają wokół siebie wystarczająco dużo reguł, wymagań, presji. Szkoła mówi, jak mają się uczyć. Media, jak mają wyglądać. Rówieśnicy jak mają żyć, by nie zostać zepchniętym na margines.
A kto im mówi, że można być po prostu sobą? Że nie trzeba błyszczeć, by być wystarczającym?

Dorosłym często wydaje się, że młodzi potrzebują wskazówek, rad, gotowych scenariuszy. Ale prawda jest inna, oni potrzebują obecności, nie instrukcji. Potrzebują kogoś, kto zamiast „popraw się”, powie: „widzę, że ci trudno”. Kogoś, kto nie będzie gasił emocji słowami: „nie przesadzaj”, tylko pozwoli im wybrzmieć.

Bo uwaga jest jak tlen, kiedy jej brakuje, wszystko w człowieku zaczyna obumierać. Nie od razu, po cichu, powoli.I zanim to zauważymy, młody człowiek nauczy się udawać, że niczego nie potrzebuje.

I może właśnie w tym tkwi największy dramat naszego pokolenia dorosłych że myślimy, iż miłość wyraża się troską, a nie uwagą. Że pomagamy, gdy doradzamy, zamiast po prostu być.

Nie widzimy, że czasem najważniejszym gestem wobec młodego człowieka nie jest działanie, tylko obecność ta cicha, nienarzucająca się, bez ocen i morałów. Bo młodzi nie zawsze potrzebują, żeby ich prowadzić.Czasem wystarczy, żeby ktoś z nimi usiadł, nie przed nimi, nie nad nimi lecz obok.

I wtedy dopiero zaczyna się rozmowa, ta prawdziwa, nie o ocenach, planach czy błędach. Tylko o tym, co boli, co przeraża, co ściska w środku i nie daje spać. Patrzę na nastolatków i widzę coś, co wielu dorosłych przestało zauważać: cichy głód rozmowy.

Nie tej zdawkowej, w biegu, między powiadomieniem a kolejnym spotkaniem. Nie tej kontrolnej, z pytaniami o szkołę, wyniki i obowiązki. Ale tej, która ma w sobie ciepło. Prawdę. Bliskość.Wielu młodych tęskni dziś za rozmową, która nie zaczyna się od pouczenia i nie kończy na moralizowaniu.

Za chwilą, w której mogą powiedzieć, co czują, bez ryzyka, że zostaną ocenieni, poprawieni, „naprawieni”. Za kimś, kto nie będzie ich przepytywał, ale posłucha tak, jak słucha się ciszy
z uważnością, z szacunkiem, z obecnością. Bo ten głód rozmowy to w istocie głód zrozumienia.

Głód bycia dostrzeżonym nie za to, co się osiąga, ale za to, kim się jest. I choć czasem wydaje się, że młodzież nie chce rozmawiać, prawda jest inna:oni tylko przestali wierzyć, że ktoś naprawdę chce ich usłyszeć.

Wchodzę czasem do szkół, rozmawiam z uczniami i widzę oczy, które nie potrzebują kolejnych zasad, tylko odrobiny czułości. Widzę ramiona napięte od udawania, że wszystko gra. I dłonie, które nerwowo chowają się pod ławką, by nikt nie zauważył drżenia. Bo to, co dorosły nazwie „błahym problemem”, dla młodego człowieka bywa końcem świata.

I wtedy zaczynam rozumieć, że w świecie pełnym dźwięków, rozmowa staje się formą ratunku.
Nie dlatego, że rozwiązuje problemy, ale dlatego, że daje człowiekowi poczucie, że nie jest sam.
Czasem mam wrażenie, że młodzi ludzie uczą się mówić w języku, którego dorośli już nie rozumieją.
Nie dlatego, że słowa się zmieniły ale dlatego, że przestaliśmy ich naprawdę słuchać.

W świecie, w którym każdy coś mówi, krzyk nie robi już wrażenia. Za to milczenie, potrafi rozedrzeć człowieka od środka. Bo kiedy rozmowa nie znajduje miejsca, wchodzi cisza. Taka, która nie uspokaja, tylko dławi. Taka, która nie jest spokojem, lecz kapitulacją.

Dzieci coraz częściej uczą się, że lepiej milczeć, niż ryzykować zranienie. Że lepiej uśmiechnąć się na pokaz, niż pokazać prawdę o sobie.I my, dorośli dajemy się nabrać. Bo gdy nie ma kłótni, nie ma łez, nie ma pytań, wydaje nam się, że jest dobrze. A to właśnie wtedy zaczyna się ten najcichszy krzyk: krzyk przez brak słów.

Dzieci nie przestają mówić, bo nie mają nic do powiedzenia. Przestają, bo nie wierzą, że ktoś jeszcze chce słuchać. I to właśnie jest moment, w którym ich świat powoli zaczyna gasnąć bez huku, bez dramatów, bez pożegnań.

Wystarczy kilka nieusłyszanych rozmów, kilka odrzuconych emocji, kilka razy „nie teraz”.
I nagle między nami a nimi pojawia się przepaść, której nikt nie zauważył, póki nie było już za późno. Dzieci nie przestaną być dziećmi tylko dlatego, że nie masz czasu. Nie staną się samowystarczalne, bo tak Ci wygodniej. Nie przestaną potrzebować czułości, uwagi i pewności, że są ważne nawet jeśli robią wszystko, by udawać, że już jej nie potrzebują.

One po prostu przestaną pytać.

Przestaną próbować. Zaczną żyć w świecie, w którym „radzę sobie” oznacza „nie licz na nikogo”.
I to właśnie wtedy zaczynamy tracić nie dzieci, tylko więź z nimi. Bo dzieciństwo nie kończy się, gdy pojawia się dowód osobisty. Kończy się, gdy nikt już nie czeka na odpowiedź na pytanie: „Co czujesz?”

Nie ma bardziej złudnego spokoju niż cisza dziecka, które przestało wierzyć, że jego emocje coś znaczą. Za tą ciszą często kryje się strach, wstyd, samotność.A my, zajęci dorosłym życiem, mówimy: „Wyrośnie z tego.”Nie, z braku miłości się nie wyrasta. Z braku obecności, też nie.

Dlatego czasem trzeba po prostu usiąść. Zatrzymać się. Nie po to, żeby naprawiać, ale żeby dać przestrzeń. Bo obecność nie wymaga doskonałości. Wymaga serca, które nie odwraca się w połowie zdania. Nie ma nic trudniejszego niż spojrzeć w oczy swojego dziecka i przyznać, że przez jakiś czas było mu z nami bardziej samotnie niż bez nas.

Ale to właśnie od tego momentu można zacząć budować od nowa. Nie z obowiązku, lecz z miłości. Nie po to, by być idealnym rodzicem, tylko prawdziwym człowiekiem obok drugiego człowieka.

Bo dzieci nie potrzebują bohaterów.

Potrzebują dorosłych, którzy mają odwagę wrócić. Czasem mam wrażenie, że zapomnieliśmy, jak brzmi prawdziwy dialog. Nie ten, w którym mówimy, by przekonać. Ale ten, w którym słuchamy, by zrozumieć.

To właśnie tam, w zwyczajnym: „Jestem tu dla ciebie”, zaczyna się wszystko, co naprawdę ratuje człowieka.

Bo żadne szkolenie, żaden poradnik, żadne złote rady nie zastąpią jednego ……. obecności.

To ona jest punktem zwrotnym.To w niej zaczyna się bezpieczeństwo.To przez nią dziecko uczy się, że świat nie zawsze jest dobry, ale zawsze może być ktoś, kto przy nim zostanie.Nie chodzi o to, by zawsze wiedzieć, co powiedzieć.

Czasem wystarczy być w ciszy, która nie ocenia, tylko mówi: „nie jesteś sam.”

Bo dzieci nie potrzebują dorosłych, którzy wszystko rozumieją.Potrzebują takich, którzy mają odwagę kochać nawet wtedy, gdy nie wiedzą jak.

Więc zanim znowu powiesz: „nie mam czasu”, zatrzymaj się na chwilę.

Może właśnie w tej chwili ktoś, kogo kochasz, próbuje Cię jeszcze raz zawołać nie słowami,
lecz milczeniem.


Przemek Staniszewski

psycholog | suicydolog | psychotraumatolog – człowiek

„Nie można wychować człowieka, jeśli się go wcześniej nie wysłucha.”

Viktor E. Frankl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *