Są takie chwile, kiedy człowiek siada i myśli, że coś w nim się łamie. Nie ze zmęczenia, bo to jest wpisane w ten zawód, ale z poczucia, że robiąc dobro można się w tym powoli zgubić. Że oddając siebie w całości, zostaje coraz mniej miejsca na własny oddech. A przecież żyję pośród ludzi, którzy cierpią, i nie umiem się na to zobojętnić. Nie potrafię przejść obok.
Widzę kobiety, które latami próbują uciec z piekła, a mimo to wciąż słyszą:
„Proszę wrócić, przecież on się zmieni”.
Widzę dzieci, które nauczyły się, że krzyk to codzienność, a cisza w domu nie oznacza spokoju tylko, że dziś będzie gorzej. I słyszę historie, które powinny zatrzymać świat, ale nikt się nie zatrzymuje. Bo przecież to tylko rodzinna sprawa, to nie nasz problem, to nie moja rola.
Przemoc wobec kobiet i dzieci trwa od pokoleń. Zmieniamy język, nazwy programów, logo instytucji,
a zło i tak znajdzie drogę. Bo ono zawsze szuka tych, którzy nie mogą się bronić. I mam wrażenie,
że komuś to pasuje.
Bo gdyby naprawdę zależało nam na tym, by człowiek był chroniony, to ten system wyglądałby inaczej. A tak, najczęściej ochrania nie tych, którzy cierpią, tylko tych, którzy potrafią mówić głośniej.
Patrzę na matki, które w sądach walczą o dzieci jak o ostatni oddech. I na ojców, którzy chcą być częścią życia swoich dzieci, mimo że już nie są częścią życia ich matek. I widzę, jak instytucje, zamiast pomagać, biorą udział w grze, po jednej stronie, a nie po stronie dziecka. Bo dziecko nie ma lobby.
Nie ma znajomości. Nie ma głosu.
Czasem siedzę w sali sądowej i zastanawiam się, czy tak właśnie miało wyglądać dochodzenie prawdy. Jeden człowiek, jedno zdanie, które może zmienić wszystko. I nawet jeśli po latach okaże się, że to była pomyłka życia, które zniszczono po drodze, już nikt nie odbuduje.
A potem patrzę na tych, którzy mają władzę. I czuję coś, co trudno nazwać słowami mieszaninę złości
i wstydu. Bo widzę, jak biją się o racje w telewizyjnych studiach, wyzywają się, obrażają, a potem gdy kamery gasną potrafią razem się śmiać. Bo to tylko gra. Tylko teatr dla widzów. A zwykły człowiek siedzi wtedy przed ekranem i myśli, że świat zwariował. Bo jego rachunek za prąd nie jest metaforą, tylko problemem. Bo jego kredyt nie jest „tematem politycznym”, tylko codziennym ciężarem. Bo jego dziecko naprawdę potrzebuje pomocy, a nie pustych obietnic.
I właśnie w tym wszystkim wydarzyło się coś, czego nie potrafię w sobie uciszyć.
Młody człowiek syn kobiety, która odważyła się mieć swoje zdanie znika bezpowrotnie zostawiając ból Matki.
Nie wytrzymał lawiny hejtu, jaką rozpętano wobec jego matki.
Ten hejt nie wziął się z anonimowego komentarza w internecie. Nie napisał go sfrustrowany internauta pod fałszywym profilem. Wypłynął z ust polityka człowieka, który z innej partii, z innej ławy, postanowił uderzyć w rodzinę, nie w poglądy.
Zamiast różnić się w granicach szacunku, wybrał upokorzenie.
Ktoś, kto powinien wiedzieć, co znaczy odpowiedzialność za słowo, zamienił to słowo w broń.
I tak, wiem, że nazwiska tu nie trzeba. Wszyscy wiedzą, o kim mowa.
To nie była polityka. To była przemoc. Słowna, publiczna, perfidna. I zabiła.
Właśnie dlatego czasem siedzę i myślę, że może stoimy w miejscu. Że robimy tyle, krzyczymy, edukujemy, uczymy reagować a i tak człowiek ginie, bo ktoś z mikrofonem zapomniał, że słowa mają ciężar. Bo ktoś, kto powinien łączyć, wybrał upokorzenie. Bo w naszym kraju coraz częściej krzywdzenie drugiego człowieka jest nazywane „odwagą”, a empatia „słabością”.
I wtedy naprawdę trudno nie czuć bezsilności. Bo co można jeszcze zrobić, gdy nawet język, który miał leczyć, zaczyna zabijać?
A jednak zawsze wracam do tych, którzy przeżyli. Do kobiet, które po latach milczenia wreszcie powiedziały: „dość”. Do mężczyzn, którzy nauczyli się prosić o pomoc, zamiast ją udawać. Do młodych ludzi, którzy potrafili zadzwonić, zanim było za późno.
I przypominam sobie, że nawet jeśli świat nie chce słuchać, to warto mówić. Bo milczenie to zgoda. A ja nie chcę się zgodzić.
Bo każda uratowana historia, każdy człowiek, który wraca do życia, każda matka, która zaczyna znowu wierzyć w siebie to dowód, że mimo wszystko warto.
Że nawet jeśli system zawodzi, nawet jeśli polityka upadła, to człowieczeństwo jeszcze się tli.
I może właśnie o to chodzi: żeby nie przestać widzieć człowieka, zanim znów przyjdzie nam go żegnać.
Przemek – Po Pierwsze Człowiek