Czasem podaję dłoń i czekam długo, zanim ktoś ją uchwyci. Ale zawsze podaję. Bo to nie gest – to obietnica.
Dłoń, której się nie chwyta od razu. O zaufaniu, które rodzi się w milczeniu
Nie zawsze dobrze czytam to, co dostaję od pacjentów. Nie dlatego, że nie umiem czytać.
Lecz dlatego, że słowa, które przynoszą, są nieprzetłumaczalne na prosty język.
Ich emocje są gęste jak mgła o świcie po bezsennej nocy. Tajemnice, które przynoszą na nasze pierwsze spotkania, noszą w sobie więcej ciężaru niż niejeden los uniesie w całym życiu. Czasem patrzę na ten sam początek rozmowy, ten sam gest, podobne słowa – a jednak czuję, że nie mam jeszcze dostępu. Że brama, za którą kryje się prawda, jest tylko uchylona.
I że to uchylenie to już ogromny akt odwagi.
Nie myślę wtedy o tym, że to jakaś „bariera”, „opór pacjenta”, jak to czasem opisują podręczniki. Nie, ja myślę o traumie. O tej skorupie zbudowanej nie po to, by ranić, lecz by przetrwać. Skorupie, którą los – nieproszony i brutalny – wcisnął w ręce tej osoby.
I w tej skorupie ukryło się serce, co kiedyś biło głośno, ufało światu, lgnęło do ludzi.
A potem przestało.
Nie zawsze jestem w stanie przebić się przez to milczenie od razu. I nie muszę. To nie moje tempo jest tu ważne. To nie moja potrzeba „dotarcia do wnętrza”.
Bo w pracy psychologa – w szczególności suicydologa – nie chodzi o to, by wiedzieć wszystko jak najszybciej.
Chodzi o to, by być wtedy, kiedy ktoś odważy się powiedzieć choćby jedno słowo więcej. Albo trwać, gdy nie mówi nic.
Każde otwarcie się pacjenta to nie cud. To praca. Długa, mozolna, czasem zniechęcająca.
To dziesiątki spojrzeń, które omijają wzrok. To milczenia, które więcej mówią niż zdania.
To mikroruchy, które wołają „Zostań”, nawet jeśli usta milczą. A moim zadaniem nie jest ich złamać. Moim zadaniem jest dać im przestrzeń. Tylko tyle. A może aż tyle.
Oddaję siebie. W tej pracy nie ma półśrodków. Nie udaję, że mnie nie boli, gdy ktoś cierpi. Nie chowam emocji za fasadą „profesjonalizmu”, który czasem brzmi jak znieczulica. Bo wiem, że pacjent widzi. Czuje. Rejestruje. Że jego system obronny sprawdza mnie jak pies tropiący – czy naprawdę chcę być, czy tylko wykonuję zawód.
Dlatego daję siebie. Oddaję serce. Wiedzę, którą zdobywałem latami, czasem w bólu i trudzie. Oddaję uważność, którą wyćwiczyłem, wsłuchując się w najtrudniejsze opowieści. Oddaję empatię, która nie jest „miłym słowem”, lecz gotowością przyjęcia cudzego świata takim, jaki jest. Bez oceny. Bez litości. Z godnością.
Podając swoją dłoń, nie oczekuję, że zostanie od razu ujęta. Czasem trzeba wielu miesięcy, by ktoś ją w końcu dostrzegł. Czasem – niestety – nie zdąży jej pochwycić. I to jest największy ból tej pracy.
Ale nie przestaję podawać. Bo to, co dla mnie jest powtarzalnym gestem – dla kogoś może być pierwszym momentem w życiu, gdy ktoś nie cofnął się z lęku, gdy ktoś naprawdę został.
Zostaję……………………..Czekam……………………..I wierzę.
Bo czasem to wystarczy, by ktoś kiedyś mógł powiedzieć:
„Zobaczył mnie. Nie przestraszył się mnie. Wyciągnął rękę – i nie cofnął.”
z serdecznością Przemek
#zaufanie #relacja #suicydologia #pomoc