Przejdź do treści
Home » Blog » O zdaniu, które rani rodziców i mówi więcej, niż się wydaje

O zdaniu, które rani rodziców i mówi więcej, niż się wydaje

„Ja się na ten świat nie prosiłem”

O zdaniu, które rani rodziców i mówi więcej, niż się wydaje

To zdanie rzadko bywa zaplanowane. Ono nie jest manifestem ani przemyślaną deklaracją.

Pada nagle. Czasem w środku kłótni, gdy emocje są już za wysokie, a słowa przestają być ostrożne. Czasem mimochodem, rzucone jakby od niechcenia, bez patrzenia
w oczy. A czasem półgłosem bardziej do siebie niż do kogoś. Jakby wypowiedziane
po to, żeby wreszcie ulżyć temu, co od dawna uwiera.

„Ja się na ten świat nie prosiłem”.

Rodzic słyszy te słowa i na moment wszystko w nim zamiera. Jakby ktoś nagle zgasił światło. Bo jak to? Po tylu latach starań, lęku, odpowiedzialności? Po nieprzespanych nocach, po chorobach, po strachu, czy wszystko będzie dobrze?

Po decyzjach podejmowanych z myślą o dziecku, nawet wtedy, gdy oznaczały rezygnację z siebie, ze swoich planów, z własnego komfortu?

W tym jednym zdaniu rodzic słyszy coś znacznie więcej niż jego dosłowne brzmienie.

Słyszy zakwestionowanie sensu całej drogi. Jakby ktoś jednym ruchem przekreślił historię bycia matką, ojcem, opiekunem. Jakby powiedział: to wszystko nie miało znaczenia.

To boli. Głęboko.

Bo dotyka miejsca, które dla wielu rodziców jest najbardziej wrażliwe poczucia, że robili najlepiej, jak potrafili.

A jednak… choć to zdanie rani, rzadko bywa atakiem.

Ono nie powstaje po to, żeby zranić rodzica. Ono powstaje wtedy, gdy młody człowiek nie ma już języka na to, co w nim się dzieje. To zdanie jest objawem. Sygnałem. Krzykiem bez megafonu.

Krzykiem kogoś, kto nie potrafi jeszcze powiedzieć: że życie go przerasta, że czuje się zagubiony, że nie widzi sensu, że nie wie, kim ma być i po co.

I jeśli potraktujemy je wyłącznie jako brak wdzięczności, bunt albo dowód niewychowania, jeśli odpowiemy tylko z poziomu własnego zranienia możemy przegapić coś naprawdę ważnego. Bo pod tym zdaniem bardzo często nie stoi oskarżenie.

Stoi bezradność.

Co naprawdę kryje się pod tym zdaniem

Kiedy 19- czy 20-latek mówi: „nie prosiłem się na świat”, on nie prowadzi filozoficznej dyskusji o istnieniu. On mówi językiem, który ma pod ręką.

To język: zmęczenia, braku sensu, poczucia, że świat czegoś żąda, ale niczego nie tłumaczy, doświadczenia bycia w życiu „z rozpędu”.

Formalnie to już dorosły człowiek. Psychicznie często jeszcze w budowie.

To moment życia, w którym: oczekiwania świata są ogromne, wsparcie systemowe słabnie („radź sobie”), a tożsamość dopiero się krystalizuje.

Kiedy w tym czasie ktoś mówi: „nie prosiłem się na świat”, to zwykle mówi: „nie wiem, po co tu jestem”, „życie mnie przerasta”, „nie czuję sensu ani wpływu”, „ciągle czegoś się ode mnie chce, a ja nie wiem, jak to unieść”.

To nie jest filozofia. To egzystencjalne zmęczenie, które nie ma jeszcze dojrzałego języka. To nie jest atak na rodzica. To jest próba nazwania bólu, który nie ma jeszcze słów.

Moment zamrożenia, kiedy rodzic przestaje słyszeć, a zaczyna bronić się przed bólem

W tej jednej sekundzie po usłyszeniu słów, „ja się na ten świat nie prosiłem” w wielu rodzicach dzieje się coś bardzo podobnego. Najpierw jest cisza. Nie ta spokojna. Ta ciężka. Gęsta. Jakby ciało na moment zapomniało, co zrobić dalej.

To jest moment zamrożenia.

Serce przyspiesza. Oddech staje się płytszy. W głowie pojawia się chaos,
a jednocześnie dziwna pustka. Rodzic przestaje słyszeć całe zdanie. Zostaje tylko jedno słowo. Jedno znaczenie.

Odrzucenie. To reakcja pierwotna. Automatyczna. Układ nerwowy nie analizuje wtedy sensu. On chroni przed bólem.

W tej sekundzie w ciele rodzica często uruchamiają się stare, głęboko zapisane pytania: Czy ja zawiodłam? Czy byłem złym ojcem? Czy to wszystko było na nic?

I zanim pojawi się refleksja, pojawia się obrona.

Nie dlatego, że rodzic chce zranić dziecko. Ale dlatego, że sam czuje się zraniony.

Z perspektywy neurobiologii to klasyczna reakcja stresowa: zamrożenie, a zaraz potem walka albo ucieczka. W relacji przyjmuje to postać słów: „jak możesz tak mówić”, nie wiesz, co to życie, ja też miałem ciężko bądź wdzięczny”.

To są zdania, które mają jedno zadanie: przywrócić rodzicowi grunt pod nogami.

Problem w tym, że w tym momencie rozmowa przestaje dotyczyć dziecka.

Zaczyna dotyczyć bólu rodzica. Dwie osoby stoją naprzeciw siebie w tym samym pokoju, a każda z nich jest sama ze swoim lękiem. Dopiero gdy ten moment zamrożenia zostanie zauważony i nazwany, pojawia się szansa na coś innego.

Na pauzę. Na oddech. Na powiedzenie może nieidealne, ale prawdziwe:

„To, co powiedziałeś, bardzo mnie zabolało.

Ale chcę zrozumieć, co naprawdę masz na myśli.”

To zdanie nie neguje emocji rodzica. Nie unieważnia bólu. Ale otwiera przestrzeń, w której dziecko nie zostaje samo ze swoim ciężarem.

I czasem właśnie ta jedna sekunda zatrzymania zamiast automatycznej reakcji jest różnicą między rozmową a zerwaniem więzi.

Dlaczego to tak bardzo rani rodziców

Rodzice nigdy nie słyszą tego zdania w próżni. Słyszą je przez pryzmat całego swojego życia.

Przez lata nieprzespanych nocy. Przez decyzje podejmowane „dla dobra dziecka”. Przez rezygnacje z własnych marzeń, czasu, spokoju. Przez poczucie odpowiedzialności, które często było większe niż siły.

Dlatego kiedy pada: „ja się na ten świat nie prosiłem”, rodzic nie słyszy jednego zdania.

Słyszy całe oskarżenie, którego nikt głośno nie wypowiedział, ale które rozbrzmiewa w środku: „Twoja miłość była niewystarczająca, nie doceniam tego, co zrobiłeś, twoje poświęcenie było błędem, zmarnowałeś życie.”

To uderza w samo centrum tożsamości rodzica. Bo dla wielu osób bycie matką czy ojcem nie jest tylko rolą jest sensem, wokół którego wszystko zostało zbudowane.

I wtedy rodzi się coś bardzo ludzkiego: obrona.

Nie chłodna. Nie wyrachowana. Obrona emocjonalna, instynktowna. Czasem przybiera formę złości, bo złość daje chwilową siłę. Czasem moralizowania, bo wartości dają poczucie kontroli. Czasem krzyku, bo krzyk pozwala zagłuszyć własny ból.

Bo rodzice też są zmęczeni. Też często funkcjonują na granicy swoich zasobów.
Też niosą w sobie niespełnienia, lęki, żale, pytania bez odpowiedzi.

I nagle czują się rozliczani z czegoś, co było robione najlepiej, jak potrafili w danych warunkach, z taką wiedzą, z takim wsparciem, jakie mieli.

To bardzo ważne, żeby to powiedzieć wprost: ból rodzica jest realny.
Nie jest przesadą. Nie jest egoizmem. Nie jest słabością. Ale jest też druga prawda, równie ważna.

Kiedy rodzic odpowiada z tego bólu, rozmowa przestaje być rozmową. Przestaje dotyczyć dziecka i jego stanu. Zaczyna dotyczyć obrony własnej historii.

Wtedy zamiast spotkania pojawia się konfrontacja. Zamiast ciekawości argumenty. Zamiast relacji walka o rację. A w takiej walce nie wygrywa nikt. Najczęściej obie strony zostają jeszcze bardziej samotne.

Dlaczego odpowiedzi typu „masz wybór, nie narzekaj” nie działają

Słowa w stylu: „Masz wybór”, „Nie wiesz, co to prawdziwe życie”, „Inni mają gorzej”, „Bądź wdzięczny, póki żyjesz”, są bardzo ludzkie. Nie biorą się z obojętności ani złej woli.

One rodzą się z wyczerpania. Z bezsilności. Z frustracji, która mówi: „już nie wiem, jak Ci pomóc”. Rodzic wypowiada je często w momencie, gdy sam jest na granicy swoich zasobów.

Gdy próbował już wielu sposobów. Gdy ma poczucie, że nic nie działa, a sytuacja się nie poprawia. Problem polega na tym, że intencja i skutek to dwie różne rzeczy.

Z perspektywy psychologicznej i suicydologicznej takie zdania zamykają drzwi, zamiast je otwierać. Nie dlatego, że są „złe”. Ale dlatego, że unieważniają przeżywanie. Młody człowiek nie słyszy w nich troski.

Słyszy komunikaty ukryte pod powierzchnią słów: „Twoje emocje są nieważne.
Nie masz prawa czuć się źle. Twoje cierpienie nie spełnia kryteriów. Masz być wdzięczny, a nie szczery.”

To bardzo trudny moment. Bo kiedy ktoś i tak już walczy z poczuciem, że „coś z nim jest nie tak”, takie słowa tylko to poczucie wzmacniają.

Z perspektywy młodego człowieka wygląda to tak: skoro inni mają gorzej, a ja i tak sobie nie radzę, to znaczy, że jestem słaby. skoro powinienem być wdzięczny, a czuję pustkę, to znaczy, że coś ze mną nie gra.

W tym miejscu emocje nie znikają. One po prostu nie mają, gdzie się zmieścić.

A emocje, które nie mają przestrzeni, nie rozpływają się. One idą w samotność.

A samotność w tym wieku bywa szczególnie niebezpieczna. Bo młody człowiek często jeszcze nie ma stabilnych strategii radzenia sobie. Nie ma doświadczenia, że „to minie”. Nie ma wewnętrznego punktu oparcia.

Jeśli nie wolno czuć, jeśli nie wolno mówić, jeśli nie wolno się skarżyć, to zostaje cisza.

A cisza, w której nikt nie słucha, bardzo łatwo zamienia się w przekonanie, że lepiej nic nie mówić wcale. I to jest moment, w którym rozmowa nie kończy się kłótnią. Ona kończy się wycofaniem.

Co może powiedzieć rodzic naprawdę

Rodzic bardzo często myśli, że w takiej rozmowie musi mieć odpowiedź.

Że powinien wiedzieć, co powiedzieć, jak zareagować, jak „ustawić” sytuację.
A prawda jest prostsza i trudniejsza jednocześnie.

Rodzic nie musi mieć odpowiedzi. Rodzic nie musi naprawiać. Rodzic nie musi wiedzieć, jak rozwiązać problem życia swojego dziecka. To nie jest egzamin. To jest spotkanie dwóch ludzi. Nie trzeba być idealnym. Wystarczy być prawdziwym.

Dla młodego człowieka, który mówi: „ja się na świat nie prosiłem”, najważniejsze nie jest to, czy rodzic znajdzie właściwe słowa.

Najważniejsze jest to, czy zostanie.

Czasem wystarczy powiedzieć: „Słyszę, że jest Ci bardzo ciężko. Chcę zrozumieć, co Cię tak boli.” To zdanie nie ocenia. Nie poprawia. Nie szuka winnych. Ono komunikuje jedno: Twoje przeżywanie ma znaczenie.

Albo: „Nie prosiłeś się na świat. Masz rację. Ale bardzo mi zależy, żebyś nie był w nim sam.”

To zdanie nie odbiera odpowiedzialności. Nie zaprzecza rzeczywistości.
Ale mówi wprost: Twoje istnienie jest dla mnie ważne. A czasem najuczciwsze zdanie brzmi:

„Nie wiem jeszcze, jak Ci pomóc. Lecz, chcę spróbować razem.”

To jest zdanie, które buduje most. Nie udaje siły. Nie obiecuje cudów. Pokazuje gotowość do bycia w drodze wspólnej, a nie samotnej.

W psychologii wiemy, że regulacja emocji dziecka bardzo często dokonuje się nie przez rady, nie przez rozwiązania, ale przez obecność drugiego człowieka.

Te proste zdania: nie odbierają godności żadnej ze stron, nie stawiają rodzica w roli sędziego, nie czynią dziecka „problemem do naprawienia”.

One nie zdejmują odpowiedzialności. Ale dają oddech. A czasem właśnie ten oddech jest pierwszym momentem, w którym ktoś przestaje myśleć, że musi wszystko unieść sam.

Dwie prawdy naraz

W tej historii są dwie prawdy: rodzic ma prawo czuć się zraniony, dziecko ma prawo czuć się zmęczone życiem.

Jedna nie unieważnia drugiej. Dopiero gdy to zrozumiemy, rozmowa przestaje być walką, a zaczyna być spotkaniem. Zdanie „ja się na świat nie prosiłem” brzmi jak koniec.

Ale bardzo często jest początkiem rozmowy, na którą wszyscy się boją. Nie chodzi
o to, by znaleźć idealną odpowiedź. Chodzi o to, by nie odejść. Bo czasem jedynym powodem, dla którego ktoś jeszcze jest na tym świecie, jest to, że ktoś drugi został
i słuchał
.

Perspektywa suicydologiczna spokojnie, bez straszenia

Nie każde zdanie: „ja się na świat nie prosiłem”, oznacza myśli samobójcze.

I to trzeba powiedzieć jasno, żeby nie budować lęku tam, gdzie go nie ma.

Ale z perspektywy suicydologicznej trzeba też powiedzieć drugą prawdę, zaskakująco często to zdanie pojawia się w ich tle. Nie jako deklaracja chęci śmierci.
Nie jako plan. Nie jako groźba. Raczej jako sygnał, że coś w środku już od dłuższego czasu się rozpada.

To zdanie bywa elementem myślenia rezygnacyjnego. Takiego, w którym pojawia się przekonanie: „nie mam już siły”, „to mnie przerasta”, „nie wiem, po co dalej próbować”. Bywa też związane z poczuciem bycia ciężarem.

Z myślą, często niewypowiedzianą wprost: „lepiej byłoby, gdyby mnie nie było”,
nie dlatego, że ktoś chce umrzeć, ale dlatego, że nie chce już tak żyć.

Czasem stoi za nim utrata sensu. Nie tej wielkiej, filozoficznej. Ale bardzo codziennej: sensu wstawania, działania, wysiłku.

W suicydologii mówimy wtedy o elementach syndromu presuicydalnego.
Stanie, w którym zawęża się perspektywa, zanika nadzieja, a myślenie staje się coraz bardziej czarno-białe.

To nie jest moment, w którym należy panikować. Ale to jest moment, w którym
nie wolno udawać, że nic się nie dzieje.

Dlatego tak ważne jest, by nie bać się zapytać. Nie w tonie alarmu. Nie z dramatyzmem. Nie z lękiem w głosie. Spokojnie. Prosto. Normalnie: „Czy zdarza Ci się myśleć, że nie chcesz już żyć albo że chciałbyś zniknąć?”

To pytanie nie „podsuwa” myśli samobójczych. Nie „otwiera puszki Pandory”. Nie zwiększa ryzyka. Wręcz przeciwnie. Dla wielu osób jest pierwszym momentem ulgi. Pierwszym doświadczeniem, że ktoś odważył się zapytać. Że nie trzeba już wszystkiego nosić w samotności. Czasem odpowiedź brzmi: „nie”.

I to też jest ważna informacja. A czasem odpowiedź brzmi: „czasem…”, „nie wiem…”, „może…”. I wtedy najważniejsze nie jest to, co rodzic powie dalej. Najważniejsze jest to, że nie ucieknie. Bo w suicydologii wiemy jedno bardzo dobrze: nie ratują wielkie słowa.

Ratuje obecność, uważność i gotowość do wysłuchania.

Dwie prawdy naraz

W tej historii naprawdę są dwie prawdy. I obie są ważne. I obie bolą.

Rodzic ma prawo czuć się zraniony.

Ma prawo do żalu, do poczucia niesprawiedliwości, do myśli: „czy to wszystko było na nic?” Ma prawo być zmęczony dźwiganiem odpowiedzialności, która trwa latami i nie ma urlopu.

Dziecko, nawet dorosłe już metrykalnie, ma prawo czuć się zmęczone życiem.
Ma prawo nie wiedzieć, po co wstaje rano. Ma prawo mieć momenty, w których świat wydaje się za ciężki, a sens zbyt odległy.

Jedna prawda nie unieważnia drugiej. Ból rodzica nie kasuje bólu dziecka. Zmęczenie dziecka nie przekreśla starań rodzica.

Dopiero gdy potrafimy to unieść naraz, bez wybierania strony, bez rozstrzygania,
kto ma „bardziej rację”, rozmowa przestaje być walką.

Zaczyna być spotkaniem. Spotkaniem dwóch ludzi, którzy są zmęczeni na różne sposoby. Którzy niosą inne historie, ale siedzą przy tym samym stole. Którzy, jeśli tylko zostaną, mogą się jeszcze usłyszeć.

Zdanie: „ja się na świat nie prosiłem”, brzmi jak koniec. Jak zatrzaśnięcie drzwi.
Jak coś, po czym nie wiadomo, co powiedzieć.

A jednak bardzo często jest to początek rozmowy, na którą wszyscy się boją.
Bo dotyka sensu. Bezradności. Lęku, że ktoś nam się wymyka.

Nie chodzi o to, by znaleźć idealną odpowiedź. Nie chodzi o mądre zdania ani szybkie rozwiązania.

Chodzi o jedno: nie odejść.

Zostać, nawet jeśli nie wiemy, co powiedzieć. Zostać, nawet jeśli boli. Zostać i słuchać.

Bo czasem jedynym powodem, dla którego ktoś jeszcze jest na tym świecie, nie jest nadzieja, plan ani sens. Czasem jest nim po prostu to, że ktoś drugi został. I to naprawdę wystarcza, żeby dziś jeszcze nie zniknąć.

Piszę ten tekst jako suicydolog.

Ale przede wszystkim piszę go jako człowiek, który widział zbyt wiele rozmów, które nie zdążyły się wydarzyć.

Miłość rodzica do dziecka rzadko znika. Ona raczej milknie. Chowa się za zmęczeniem, żalem, bezradnością. Czasem przybiera formę złości, czasem twardych słów, czasem ciszy.

Ale u źródła wciąż jest ta sama, potrzeba ochrony.

Miłość dziecka do rodzica też rzadko znika. Nawet wtedy, gdy padają trudne zdania. Nawet wtedy, gdy mówi: „nie prosiłem się na świat”.

Pod tym często jest coś zupełnie innego: „boję się, że Cię zawiodłem”, „nie wiem, jak sprostać”, „nie chcę Cię ranić, ale już nie daję rady”.

W gabinecie widzę to wyraźnie: najwięcej bólu rodzi się nie z braku miłości, ale z braku języka, który potrafiłby ją unieść w trudnym momencie.

Dlatego jeśli po przeczytaniu tego tekstu miałbym zostawić jedną myśl, to byłaby ta: nie musicie się rozumieć idealnie, żeby się nie zgubić. Wystarczy, że się nie opuścicie.

Czasem największym aktem miłości nie jest dobra rada, nie jest rozwiązanie,
nie jest odpowiedź. Czasem jest nim pozostanie.

Viktor Frankl pisał, że

„człowiek jest w stanie znieść niemal każde jak, jeśli widzi po co”.

Ale jest jeszcze jedna, mniej cytowana prawda, którą widzę każdego dnia: czasem tym „po co” nie jest sens życia. Czasem jest nim drugi człowiek, który siedzi obok i mówi: „jestem”.

Jeśli jesteś rodzicem, Twoja obecność ma znaczenie większe, niż myślisz.

Jeśli jesteś dzieckiem, Twoje zmęczenie nie odbiera Ci prawa do miłości.

A jeśli dziś jesteście po dwóch stronach tego samego zdania, spróbujcie jeszcze raz. Nie idealnie. Prawdziwie. Bo bardzo często to, co brzmi jak koniec, jest ostatnim momentem, żeby zostać razem.

3 komentarze do “O zdaniu, które rani rodziców i mówi więcej, niż się wydaje”

  1. Wszystko co napisałeś jest takie… Poukładane. Dobre. Ale niepełne, bo jest też druga strona tego medalu.
    Zanim rodzic usłyszy „ja sie na ten świat nie pchałam, nie pchałem” słyszy też inne słowa. „Jesteś zaniedbana. Jesteś idiotą. Jesteś głupia. Jeśli mnie kochasz udowodnij, kup mi Porsche. Spierdalaj. Odpierdol się. Wstydzę się ciebie. Nic nie osiągnęłaś. Itd itd… Próby podjęcia rozmowy przez rodzica lub zasygnalizowania, że jest, chce zrozumieć, wspiera , próby pokazania dziecku jak bardzo jest ważne, chciane, mimo wszystkiego co się dzieje, zostają podsumowane tym jednym stwierdzeniem ” ja się na świat nie pchałam, nie pchałem”. Kiedy dziecko jest jeszcze takie niedorosłe życiowo, rodzic wiecznie znajduje wytłumaczenie takich słów, bierze odpowiedzialność za nie na siebie, szuka punktów zapalnych w swoim postępowaniu. Ale kiedy to dziecko jest już dorosłe, w jakiś spsoób doświadczone życiowo, rodzicowi zaczyna brakować sił, staje się bezradny, zamęczony a nawet wręcz skatowany nie tylko przez dziecko, ale i przez siebie samego. Nic nie jest w życiu człowieka czarne i białe. Podjąłeś się tematu zbyt skomplikowanego, złożonego z emocji, które wybrzmiewaja w różnej kolejności, nie u wszystkich takiej samej.

  2. Miłość do dziecka wieczna. Bezwarunkowa. Tak. Tylko jak długo rodzic da radę nie uciekać, walczyć, próbować? Nie jest nizniszczalny. Jest też człowiekiem z jakąś przeszłością. Jak uświadomić to dzieciom tym mniejszym i większym? Przeciez rodzic to też nadal dziecko.

  3. Przemek_psycholog

    Czytając Twój komentarz, mam wrażenie, że to nie jest głos kogoś, kto chce się spierać. To jest głos kogoś, kto bardzo długo był silny.
    I bardzo długo znosił słowa, które ranią głębiej niż cisza. Takie, po których człowiek nie krzyczy, tylko zamyka się w sobie i jeszcze raz pyta: co zrobiłem źle.
    Masz rację. Zanim padnie zdanie „ja się na ten świat nie pchałam, często padają setki innych słów. Ciężkich. Upokarzających. Przekraczających granice.
    I to nie jest już „trudna relacja”. To jest realny ból rodzica, który kocha, próbuje rozumieć, tłumaczy, bierze winę na siebie… aż w końcu zaczyna się rozpadać od środka. Bardzo poruszyło mnie to, co napisałaś o momencie, w którym dziecko dorasta, a rodzicowi zaczyna brakować sił. Bo to jest moment, o którym rzadko się mówi. Moment, w którym miłość dalej jest, ale zasoby już się kończą. Chcę to powiedzieć bardzo wyraźnie i jako człowiek, i jako suicydolog: miłość do dziecka nie powinna oznaczać zgody na bycie niszczonym. Granica nie jest zdradą. Ochrona siebie nie jest porażką rodzica.
    To, co napisałaś o tym, że „rodzic to też nadal dziecko”, jest jednym z najbardziej prawdziwych zdań, jakie padły pod tym tekstem.
    Bo rodzic też ma swoją historię. Swoje rany. Swoją kruchość, której nie da się wiecznie zagłuszać odpowiedzialnością.
    Nie wiem, jak długo „da się walczyć”.
    I chyba nikt uczciwie tego nie wie. Wiem tylko, że nie każdy akt miłości polega na zostawaniu za wszelką cenę.
    Czasem polega na powiedzeniu: już nie dam rady tak, jak dotąd.
    Dziękuję Ci za ten komentarz.
    Naprawdę.
    On nie podważa tego tekstu on go dopełnia. Pokazuje, że w tej historii są nie tylko dzieci w kryzysie, ale też rodzice, którzy bardzo długo nie mieli prawa być słabi.Jeśli coś z tego, co napisałem, choć odrobinę Cię dotknęło to wiedz, że Twój głos został tu usłyszany.
    I że Twoje zmęczenie ma sens.
    z serdecznością Przemek

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *