Przejdź do treści
Home » Blog » „Proszę numer 17…”

„Proszę numer 17…”

Kiedy szkoła przestaje widzieć człowieka

Refleksja o relacji, tożsamości i codziennych wyborach w edukacji

Kilka dni temu dostałem wiadomość. Nie z oficjalnej instytucji. Nie od nauczyciela.

Od dwojga młodych ludzi. Chłopaka i dziewczyny z jednej ze szkół w Polsce.

Napisali do mnie, bo jak sami ujęli znaleźli mnie na Facebooku. Długo się wahali.
Czy wypada. Czy ktoś to potraktuje poważnie.

W tej wiadomości nie było wielkich słów. Było coś znacznie trudniejszego bezradność.

Opisali sytuację, która dla wielu dorosłych może wydawać się drobiazgiem.
W ich szkole uczniowie coraz częściej nie są wywoływani po imieniu czy nazwisku.

Są numerami. „Numer 12, odpowiedz.” „Numer 5, cisza.” „Numer 21, do tablicy.”

I w pewnym momencie napisali zdanie, które mnie zatrzymało.

Że czują się… jak w Auschwitz.

Mocne? Bardzo. I powiem to jasno to porównanie jest skrajne. Tego miejsca w historii nie wolno upraszczać ani sprowadzać do szkolnych realiów.

Ale ja nie zatrzymałem się na tym słowie. Zatrzymałem się na emocji, która za nim stoi.

Bo kiedy młody człowiek sięga po tak ciężką metaforę, to nie chodzi o historię. Chodzi o doświadczenie. Poczucie bycia nikim. Jednym z wielu. Pozbawionym imienia.

I właśnie o tym jest ten tekst. Są słowa, które brzmią niewinnie. Tak zwyczajnie, szkolnie, bez emocji.

„Numer 17, do odpowiedzi.”

A przecież za tym numerem stoi ktoś. Ktoś, kto rano wstał z ciężarem w klatce piersiowej. Ktoś, kto może pokłócił się z rodzicem. Ktoś, kto nie spał pół nocy, bo w głowie krążyły myśli, których nie potrafił zatrzymać.

I nagle w tej klasie, wśród trzydziestu osób przestaje być „kimś”.

Staje się numerem. Imię to nie etykieta. Imię to zakotwiczenie. To krótkie „hej, widzę cię”.

Młody człowiek buduje siebie z takich momentów. Ze spojrzeń. Z tonu głosu. Z tego, czy ktoś go rozpoznaje. Kiedy nauczyciel mówi: „Kasiu, spróbuj jeszcze raz” jest w tym relacja.

Kiedy mówi: „Numer 8, źle” jest w tym dystans.

A dystans w świecie młodego człowieka szybko zamienia się w samotność.

Powiem Ci, jak to wygląda od środka. Bez teorii. Siedzi w tej ławce. Słyszy swój numer. Wstaje. Serce trochę szybciej bije. Myśli: „oby tylko nie palnąć głupoty”.

Ale to nie jest najgorsze. Najgorsze przychodzi później. Cicho.

„W sumie… kim ja tu jestem?” „Czy ktoś w ogóle wie, jak mam na imię?” „Czy ma znaczenie, czy ja tu jestem?”

To nie są dramatyczne monologi. To są krótkie, przelotne myśli. Ale właśnie z takich myśli buduje się poczucie własnej wartości. Albo jego brak.

I teraz dochodzimy do czegoś, co szczerze mówiąc mnie najbardziej boli.

Nauczyciel.

Bo nauczyciel nie jest tylko od przekazywania wiedzy. W świecie młodego człowieka często jest jednym z najważniejszych dorosłych. Czasem ważniejszym niż rodzic. Bo bywa bliżej. Codziennie. W zwykłych momentach.

I teraz wyobraź sobie tę scenę.

Młody człowiek siedzi w chaosie emocji. Wstyd. Lęk. Złość. Samotność. Czasem coś jeszcze coś, czego nie umie nazwać. A po drugiej stronie stoi dorosły, który mógłby być kotwicą.

Mógłby powiedzieć: „Widzę, że coś jest nie tak.” Mógłby zapamiętać imię. Mógłby choć przez chwilę zobaczyć człowieka, nie tylko ucznia.

I zamiast tego mówi: „Numer 14, siadaj.”

To jest moment, w którym coś pęka. Niespektakularnie. Niegłośno. Cicho.

Relacja zamienia się w procedurę. Człowiek w funkcję. Nie, numerowanie uczniów
nie powoduje automatycznie kryzysu. Nie upraszczajmy. Ale dokłada cegiełkę.

Do poczucia bycia niewidzialnym. Do dystansu. Do przekonania, że „nie ma znaczenia, czy jestem”.

A z perspektywy suicydologii to jest już bardzo poważny kierunek. Bo jeden z najczęstszych wewnętrznych komunikatów u osób w kryzysie brzmi: „Nikt mnie naprawdę nie widzi.”

Rozumiem szkołę. Naprawdę. Presję. Program. Czas. Klasy po kilkadziesiąt osób.

Numer porządkuje.

Ale jeśli numer zaczyna zastępować relację to coś idzie nie tak.

Bo edukacja bez relacji jest tylko przekazem informacji. A młody człowiek nie jest nośnikiem danych. Jest człowiekiem w procesie. Powiem to najprościej, jak się da.

Numer porządkuje system. Imię buduje człowieka.

I czasem jedno wypowiedziane imię zwyczajnie, spokojnie, z uważnością może być dla kogoś ważniejsze niż cała lekcja. Zostawię Cię z obrazem. Klasa Trzydzieści osób. Gwar, zeszyty, długopisy.

I gdzieś tam siedzi ktoś, kto dziś bardziej niż wiedzy potrzebuje jednego zdania:

„Widzę Cię.” Nie jako numer. Nie jako wynik. Nie jako problem. Jako człowieka.

Jest jeszcze jedna rzecz, o której trudno się mówi, ale nie można jej pominąć.

Dla części młodych ludzi szkoła to nie jest tylko miejsce nauki. To jedyne miejsce, gdzie ktoś może ich zobaczyć. W domu bywa różnie. Czasem jest cisza. Czasem napięcie. Czasem zwykły brak czasu na rozmowę.

I wtedy pojawia się szkoła. Z nauczycielem, który może nawet nieświadomie stać się dla kogoś ważnym dorosłym.

Albo… kolejnym, który nie zauważy. I teraz już nie chodzi o system. Nie chodzi
o dziennik. Nie chodzi o organizację.

Chodzi o wybór. Codzienny. Cichy. Niezauważalny dla innych.

Czy powiem „numer 17” … czy powiem imię.

Bo czasem to jedno imię może być dla kogoś dowodem, że jeszcze istnieje.

I teraz pytanie, które naprawdę warto sobie zadać: Ilu z nich… nigdy tego w szkole nie słyszy?

Przemek – człowiek – suicydolog – psycholog

Chcesz komentować zapraszam na FB