Kiedy rozwój zaczyna boleć. O relacjach, granicach i zmęczeniu ciągłym naprawianiem siebie
„Masz ranę ojca.” „Masz schemat odrzucenia.” „Przyciągasz niedostępnych emocjonalnie mężczyzn.”
Dziś wiele osób po zakończonej relacji słyszy właśnie takie zdania. Czasem od znajomych. Czasem od specjalistów. Czasem z kursów rozwojowych.
I w pewnym momencie człowiek zaczyna wierzyć, że jeśli relacja się kończy, to znaczy,
że gdzieś w środku jest jakaś wada, którą trzeba naprawić.
Kilka dni temu przeczytałem historię kobiety, która opisała swoje doświadczenie.
Miała 37 lat i kolejną relację, która nie przetrwała kilku miesięcy. Po raz kolejny usłyszała diagnozę, która w świecie rozwoju osobistego pojawia się bardzo często.
Problem jest w Tobie.
Więc zrobiła to, co robi dziś wielu ludzi. Zaczęła pracować nad sobą jeszcze mocniej.
Kolejny kurs. Kolejna analiza podświadomości. Kolejne próby zrozumienia swoich schematów. Bo skoro wszystko jest naszym lustrem, to odpowiedź również musi być w nas.
Tyle mówi teoria.
Życie bywa bardziej skomplikowane. Ta kobieta zauważyła coś bardzo ciekawego.
Relacje nie kończyły się wtedy, kiedy była cicha. Nie kończyły się wtedy, kiedy dopasowywała się do partnera.
Kończyły się wtedy, kiedy zaczynała mówić. „To mnie rani.” „Nie chcę relacji w zawieszeniu.” To nie były wielkie deklaracje. To były raczej niepewne próby bycia w prawdzie.
I właśnie wtedy partnerzy zaczynali się wycofywać. A ona wracała do siebie z myślą,
którą wielu ludzi zna aż za dobrze. Może znowu coś ze mną jest nie tak.
Kiedy rozwój zaczyna przypominać oskarżenie
Dzisiejszy świat bardzo mocno podkreśla odpowiedzialność za siebie. I to jest dobre. Potrzebne.
Ale w pewnym momencie pojawiła się narracja, która potrafi być bardzo obciążająca.
Jeśli coś nie działa w Twoim życiu to znaczy, że jeszcze nie jesteś wystarczająco przepracowany.
Nie masz relacji? To Twoja trauma. Relacja się skończyła? To Twoje schematy.
Ktoś odszedł? To Twoja rana z dzieciństwa.
I człowiek zaczyna chodzić od warsztatu do warsztatu, próbując znaleźć w sobie przyczynę wszystkiego. Problem w tym, że życie nie jest projektem naprawczym.
Relacje nie są egzaminem z rozwoju osobistego. Czasem dwie osoby po prostu do siebie
nie pasują. I to nie oznacza, że ktoś jest uszkodzony.
Granice to nie tylko decyzja
Autorka tej historii poruszyła jednak bardzo ważny temat. Napisała o czymś, o czym psychologia mówi od dawna.
O układzie nerwowym.
Jeśli ktoś dorastał w domu, w którym miłość była warunkowa…, jeśli bliskość zależała
od dopasowania… jeśli cisza dorosłych oznaczała zagrożenie… organizm zapamiętuje bardzo prostą zasadę: utrata więzi oznacza niebezpieczeństwo.
I wtedy w dorosłym życiu powiedzenie w relacji:
„to mnie rani”, może uruchamiać w ciele prawdziwy alarm.
Serce przyspiesza. Gardło się zaciska. Ciało wchodzi w napięcie.
To nie jest brak siły. To jest pamięć przetrwania.
Dlatego granice nie zawsze pojawiają się wtedy, kiedy człowiek już wszystko rozumie.
Czasem pojawiają się dopiero wtedy, kiedy w środku robi się trochę bezpieczniej.
Ale relacje zawsze są historią dwóch osób
Jest jednak jeszcze jedna ważna rzecz. Relacje zawsze są spotkaniem dwóch światów.
Nie każdy partner, który odchodzi, robi to dlatego, że druga osoba zaczęła stawiać granice. Czasem po prostu nie chce relacji na takim poziomie bliskości. Czasem nie jest gotowy.
Czasem ma inne potrzeby. Czasem po prostu nie kocha.
To nie zawsze jest czyjaś trauma. Nie zawsze jest schemat. Czasem to zwykła różnica.
I wbrew temu, co mówi część świata rozwoju osobistego, nie wszystko w życiu da się wyjaśnić podświadomością.
Pomiędzy diagnozą a spotkaniem
Jako psycholog coraz częściej mam wrażenie, że w relacjach zaczyna pojawiać się więcej diagnoz niż spotkania.
On jest unikowy. Ona jest lękowa. On ma schemat odrzucenia. Ona ma ranę ojca.
I w tym wszystkim zaczyna znikać coś bardzo prostego.
Człowiek.
Z jego historią. Z jego ograniczeniami. Z jego gotowością… albo jej brakiem.
Relacja nie jest terapią drugiego człowieka. Relacja jest spotkaniem dwóch historii.
Czasem te historie się zazębiają. Czasem nie.
Na końcu zostaje jedno pytanie
Kiedy czytam takie historie, nie myślę o tym, kto miał rację. Myślę raczej o czymś innym.
O tym, jak bardzo ludzie dziś starają się być wystarczający.
Wystarczająco świadomi. Wystarczająco przepracowani. Wystarczająco dobrzy do miłości.
A przecież człowiek nie jest projektem do naprawy. Jest historią.
Czasem poszarpaną. Czasem pełną lęku. Czasem taką, w której serce bardzo powoli uczy się bliskości.
W gabinetach spotykamy wielu ludzi, którzy naprawdę próbują.
Próbują kochać inaczej niż kiedyś. Próbują mówić prawdę o swoich uczuciach. Próbują nie zgadzać się już na wszystko. I czasem właśnie wtedy relacje zaczynają się kończyć. To boli.
Ale w tym bólu bywa też coś ważnego. Czasem jest to pierwszy moment, w którym człowiek zostaje przy sobie. Nie dlatego, że przestał się bać. Nie dlatego, że wszystko już rozumie.
Tylko dlatego, że powoli zaczyna wierzyć, że jego miejsce w świecie nie zależy od tego, czy ktoś zostanie. I kiedy ktoś przychodzi do mnie z takim doświadczeniem, nie pytam już od razu: co poszło
nie tak.
Czasem pytam tylko spokojnie: czy mimo tego wszystkiego dalej jesteś po swojej stronie?
Bo być może właśnie tam zaczyna się prawdziwa zmiana. Nie w idealnych relacjach.
Tylko w chwili, kiedy człowiek pierwszy raz naprawdę zostaje przy sobie.
Przemek Staniszewski
psycholog | suicydolog | psychotraumatolog