Przejdź do treści
Home » Blog » Im więcej kobieta musi dźwigać sama, tym mniej pociągający staje się mężczyzna obok

Im więcej kobieta musi dźwigać sama, tym mniej pociągający staje się mężczyzna obok

To zdanie wybrzmiało w sieci.  I słysząc je zastanawiasz się czy jest prawdziwe.

Szczerze mówiąc, widzę je nie jako opinię, ale jako opis procesu, który w gabinecie powtarza się z bolesną regularnością.

Nie zaczyna się od kryzysu. Nie zaczyna się od zdrady. Nie zaczyna się od braku miłości. Zaczyna się od samotnego dźwigania.

Kobiety potrafią dźwigać. Tylko że nie po to są w relacji. Na początku ona jeszcze wierzy, że to chwilowe. Że on ma gorszy okres. Że „jak się wszystko uspokoi”, to wróci bliskość, rozmowa, czułość.

Więc bierze więcej na siebie. Emocje dzieci. Napięcia w domu. Organizację codzienności. Trudne rozmowy, które trzeba odbyć. Milczenie, które trzeba wytrzymać.

I robi to dobrze. Zbyt dobrze.

Bo im lepiej kobieta „ogarnia”, tym łatwiej mężczyzna przestaje się starać. Nie zawsze
z lenistwa. Często z bezradności. Czasem z lęku. Czasem dlatego, że nikt go nie nauczył, jak być emocjonalnie obecnym.

Tylko że relacja nie pyta. Relacja reaguje na fakty.

Pociąg nie znika, bo ona jest silna. On znika, bo ona zostaje sama w tej sile.

To ważne: kobiety nie przestają pragnąć. One przestają czuć się bezpieczne emocjonalnie. A tam, gdzie nie ma bezpieczeństwa, ciało się zamyka.
Nie z obrazy. Nie z manipulacji. Z ochrony.

Nie da się pragnąć kogoś, przy kim ciągle trzeba być czujną. Nie da się pożądać kogoś, kto stał się kolejnym „ciężarem do udźwignięcia”. Nie da się tęsknić za kimś, kto jest fizycznie obok, ale psychicznie nieobecny.

I wtedy w relacji zaczyna dziać się coś bardzo cichego. Ona jeszcze jest. Jeszcze dba. Jeszcze funkcjonuje.

Ale już nie czeka. Nie inicjuje. Nie boli ją brak bliskości. A to jest moment,
który w pracy terapeutycznej zawsze zapala, czerwoną lampkę.

Gdyż emocjonalne wygaszanie więzi jest kryzysem

Mężczyzna w takich sytuacjach często mówi: „Nie wiem, co się stało. Przecież nic złego nie zrobiłem.” I to jest prawda. Często nie zrobił nic spektakularnie złego.

Tylko też… nie zrobił nic, kiedy ona dźwigała za dwoje. Nie zapytał. Nie zauważył.
Nie przejął ciężaru, gdy było trzeba. A zaufania w relacji nie bierze się z siły fizycznej ani statusu. Bierze się z poczucia, że: mogę się oprzeć, mogę oddać kontrolę, nie jestem sama.

Więc co robić, gdy już zaczęło się psuć.

Powiem to wprost. Większość relacji nie rozpada się przez wielkie dramaty.

One rozpadają się przez zaniedbania w mikroskali.

Przez to, że nikt nie reaguje, gdy ciężar zaczyna się przesuwać tylko na jedną stronę.

Zareaguj wcześnie, a nie wtedy, gdy ona już „przestała czuć”

Największy błąd? Czekanie, aż będzie bardzo źle.

Bo gdy kobieta mówi: „Jest mi ciężko” to jeszcze jest w relacji.

Gdy mówi: „Już nieważne” to często jest już jedną nogą poza nią.

Jeśli jesteś mężczyzną i słyszysz, że ona jest zmęczona, przeciążona, sama, to nie jest atak. To zaproszenie do bycia bliżej. Nie do tłumaczenia się. Nie do obrony. Do obecności.

Czasem wystarczy powiedzieć: „Widzę. Co mogę dziś wziąć na siebie?” To zdanie potrafi zatrzymać proces, który trwa latami.

Przestań pytać „co mam zrobić”, zacznij działać i zauważać.

Jedno z najczęściej słyszanych zdań w gabinecie.

„No ale ona nigdy mi nie mówiła dokładnie, czego chce”.

A ona od lat pokazuje to zachowaniem. Zmęczeniem. Milczeniem. Brakiem inicjatywy. Cichym wycofaniem. Lecz niestety nie ma gotowej instrukcji obsługi na bycie w związku. To uważność.

Jeśli trzeba Cię prowadzić za rękę, przypominać, delegować emocje, to ona znów musi dźwigać.

A tu chodzi o to, żebyś wreszcie powiedział:

„Już widzę. Już jestem. Już biorę.”

Teraz do Ciebie Kobieto:

Oddaj jemu część ciężaru, zanim ciało zrobi to za Ciebie.

To ważne i niepopularne, bo społecznie przypisano ci taką rolę.

Czasem relacje psują się nie tylko dlatego, że mężczyzna się wycofuje,

ale też dlatego, że kobieta nie oddaje kontroli.

Bo uważa, że umie lepiej, szybciej. I jest przekonana, że jak tego sama nie zrobi, to się zawali”.

Tylko że relacja to nie firma. Tu nie chodzi o efektywność.

Jeśli dźwigasz wszystko sama, nie dając przestrzeni drugiej stronie to nawet najbardziej obecny partner, w końcu się wycofa.

Oddanie ciężaru to nie słabość. To zaproszenie do bycia razem, okazanie zaufania i wiara w siłę partnera.

A teraz zatrzymaj się przy zdaniu: „Nie wiem, co się stało”

Jeśli to zdanie pada w Twoim związku, to znaczy jedno:

ktoś przestał słuchać dużo wcześniej.

Wtedy nie pomoże: romantyczny weekend, kwiaty, nagłe i chwilowe zainteresowanie seksem. To są działania po fakcie.

Tu potrzeba rozmowy, która nie jest wygodna ani krótka.

Bliskość nie wraca poprzez seks tylko poprzez poczucie bezpieczeństwa.

To kluczowe.

Nie naprawia się relacji w łóżku, jeśli wcześniej nie wróciło: poczucie bycia widzianą poczucie bycia potrzebną, poczucie, że ciężar nie spoczywa na jednej osobie.

Ciało wraca, gdy psychika przestaje być w trybie alarmowym.

Jeśli jesteś w relacji i czujesz, że coś tu boli to nie czekaj, aż przestanie.

Gdy przestaje boleć, często znaczy to, że ktoś już się odłączył, żeby przetrwać.

Związki nie rozpadają się wtedy, gdy ludzie się kłócą.

One rozpadają się wtedy, kiedy Ona zaczyna dźwigać więcej a często nawet wszystko.

A miłość?

Miłość nie polega na tym, że jedno dźwiga wszystko.

Miłość trwa tam, gdzie mówisz:

„Daj. Teraz ja.” I naprawdę to robisz.

Jeśli czytasz ten tekst i czujesz dyskomfort, to znaczy, że coś w Tobie jeszcze reaguje, że jeszcze czujesz. Bo to nie jest artykuł o winie. To jest tekst o odpowiedzialności.

Relacja nie jest miejscem, gdzie kobieta ma udowadniać, jak wiele uniesie.


Miłość polega na tym, że ciężar życia krąży między dwojgiem ludzi.
Że czasem jedno niesie więcej, ale drugie go w tym wspiera, że nikt nie zostaje sam na długą metę.

Bo prawda jest taka i powiem ją wprost: kobiety rzadko odchodzą dlatego, że przestały kochać. One odchodzą wtedy, gdy zrozumiały, że w tej relacji już od dawna są same i wtedy ratują siebie.