„Żadna ilość żalu nie zmieni przeszłości.
Żadna ilość niepokoju nie zmieni przyszłości.
Ale każda ilość wdzięczności zmieni teraźniejszość.”
Nie ma dnia, żebym nie myślał o tych, którzy zostali po. Po wiadomości, po liście, po ciszy, po nagłym „już go nie ma”. Ludzie przychodzą wtedy do mnie z pytaniami, które wcale nie szukają odpowiedzi, tylko sensu, którego już nie da się odzyskać.
„Dlaczego?”, „czy mogłem zrobić coś więcej?”, „czy wiedział, że go kocham?”, „czy cierpiał?”.
Czasem pytania są szeptane. Czasem krzyczane. Ale zawsze są pełne bólu, który nie ma ujścia.
Kiedy siadam naprzeciwko takiego człowieka, nie mam złudzeń. Nie przyszedł po poradę. Przyszedł, żeby ktoś przez chwilę wytrzymał razem z nim ten ból, który parzy od środka.
Pamiętam jedną kobietę.
Siedziała naprzeciw mnie i przez pierwsze dziesięć minut nie powiedziała nic.
Potem wzięła głęboki oddech i wypowiedziała zdanie, którego nie zapomnę do końca życia:
„Nie wiem, jak oddychać w świecie, w którym mój syn postanowił przestać oddychać.”
Nie reagowałem od razu. Czasem najważniejsze, co możesz zrobić, to nie przerwać ciszy.
A potem zapytałem tylko: „Za czym pani najbardziej tęskni?”
I ona odpowiedziała: „Za jego śmiechem. Za tym, jak wbiegał do kuchni i mówił, że nie potrzebuje obiadu, tylko ciepłego słowa.”
To był moment, w którym zrozumiała, że wciąż może być w relacji ze swoim synem już nie poprzez obecność, ale poprzez pamięć, wdzięczność, symbol.
Zaczęła co wieczór zapalać świeczkę i mówić na głos jedną rzecz, za którą jest wdzięczna, że mogła jej doświadczyć z nim.
Nie była to terapia. To był akt przetrwania.
Po kilku tygodniach powiedziała:
„Wie pan, coś się zmieniło. Nadal boli, ale ja już nie tonę. Tylko płynę z kamieniem w kieszeni. I on już mnie nie ciągnie w dół, tylko przypomina, że tam był.” Żal jest jak cień. Nie da się go zgubić, ale można nauczyć się z nim żyć.
Lęk jest jak echo powtarza wszystko, czego się boisz, ale nie wnosi nic nowego.
A wdzięczność jest jak ciepły promień w zimnym pokoju, nie ogrzeje całego świata, ale może ogrzać dłonie. Wdzięczność nie oznacza pogodzenia się z tragedią. Oznacza, że pozwalasz sobie zobaczyć coś dobrego pomimo tragedii.
Nie dlatego, że to łatwe, tylko dlatego, że inaczej nie da się przeżyć.
Czasem proszę osoby w żałobie, by zapisywały jedną rzecz dziennie, za którą czują wdzięczność.
Jedną to wystarczy. Za kogoś, kto zadzwonił. Za list od dziecka. Za słońce po tygodniu deszczu.
Za to, że jeszcze są. Nie, to nie jest tania recepta. To sposób, by zbudować most nad przepaścią.
Wdzięczność jest małym ruchem życia cichym, ale potężnym.
Piszę to nie jako ekspert, ale jako człowiek, który od lat siedzi naprzeciw ludzi,
których życie pękło na pół.
Jako ktoś, kto wie, że żałoba po samobójstwie to nie etap, który się „przechodzi”.
To relacja, która trwa z bólem, z miłością, z pamięcią.
Ale w tej relacji można nauczyć się oddychać. Powoli. Na nowo. Nie próbuj „iść dalej”. Nie musisz.
Wystarczy, że dziś zrobisz jeden krok w stronę wdzięczności za to, że kiedyś był ktoś, kto dał Ci chwilę światła. Bo wdzięczność nie odbiera bólu. Ale sprawia, że ból nie odbiera już wszystkiego innego.
Przemysław Staniszewski
suicydolog, psycholog, psychotraumatolog
człowiek, który od lat towarzyszy tym, którzy zostali po…