Desperate cases. Św. Juda Tadeusz,
wiara i człowiek, który przestał widzieć wyjście
Jestem psychologiem i suicydologiem. W swojej pracy spotykam ludzi, którzy czasami dochodzą do takiego miejsca w życiu, w którym przestają widzieć przed sobą drogę. Nie zawsze chcą umrzeć. Bardzo często chcą przede wszystkim, żeby przestało boleć. Żeby skończył się lęk, samotność, poczucie winy, bezradność albo cierpienie, które trwa już zbyt długo.
I właśnie dlatego chcę napisać o św. Judzie Tadeuszu.
Być może dla kogoś połączenie psychologii, suicydologii i wiary wyda się zaskakujące. Dla mnie nie jest.
Psychologia pomaga nam zrozumieć człowieka i jego cierpienie. Suicydologia próbuje odpowiedzieć między innymi na pytanie, co dzieje się z człowiekiem, kiedy ból psychiczny staje się tak silny, że zaczyna odbierać mu możliwość zobaczenia przyszłości. Wiara natomiast od wieków stawia pytanie jeszcze inne:
Co pozostaje człowiekowi, kiedy po ludzku przestaje widzieć wyjście?
I właśnie w tym miejscu pojawia się św. Juda Tadeusz, jeden z dwunastu apostołów, którego chrześcijańska tradycja uczyniła patronem spraw szczególnie trudnych i po ludzku beznadziejnych. Patronem desperate cases. Te dwa słowa są dla mnie niezwykle ważne.
Bo chciałbym od początku powiedzieć coś bardzo wyraźnie:
Sytuacja może wydawać się beznadziejna. Człowiek nigdy nie jest „beznadziejnym przypadkiem”.
Desperate cases
Za każdą „beznadziejną sprawą” stoi człowiek.
Ktoś właśnie stracił bliską osobę. Komuś rozpadło się małżeństwo. Ktoś mierzy się z chorobą, samotnością, przemocą, długami albo poczuciem winy. Ktoś inny nosi w sobie doświadczenie, o którym od miesięcy czy lat nie potrafi nikomu powiedzieć.
Jest również człowiek, który któregoś wieczoru zaczyna myśleć:
„Już nie dam rady”. „Nic się nie zmieni”. „Nie ma wyjścia”. Dla suicydologa słowo beznadziejność ma szczególne znaczenie.
Człowiek znajdujący się w głębokim kryzysie może zacząć postrzegać swoją przyszłość przez pryzmat aktualnego cierpienia. To, co dzieje się dzisiaj, zaczyna wyglądać jak coś, co będzie trwało zawsze.
„Nie wiem, jak rozwiązać mój problem” powoli zmienia się w: „Mojego problemu nie da się rozwiązać”.
A czasami później w jeszcze bardziej dramatyczne:
„Jeżeli nie mogę zakończyć mojego cierpienia, może powinienem zakończyć życie”.
I właśnie wtedy człowiek potrzebuje pomocy. Nie oceny. Nie kazania. Nie słów: „inni mają gorzej”.
Potrzebuje drugiego człowieka.
Nie widzę wyjścia nie oznacza, że wyjścia nie ma
Kryzys potrafi zawęzić perspektywę.
Wyobraźmy sobie człowieka stojącego nocą w ciemnym korytarzu. Widzi przed sobą ścianę i jest przekonany, że dalej nie ma już nic.
Ale drzwi mogą istnieć. Tylko w tej chwili ich nie dostrzega.
Dlatego zdanie: „Nie widzę już wyjścia” trzeba zawsze traktować poważnie.
Jednocześnie nie oznacza ono: „Wyjścia nie ma”.
To dwie zupełnie różne rzeczy.
I tutaj odnajduję niezwykłe spotkanie psychologii, suicydologii i symboliki św. Judy Tadeusza.
Patron desperate cases nie musi być dla nas symbolem magicznego rozwiązania każdego problemu. Może przypominać o czymś znacznie głębszym:
nawet kiedy człowiek nie widzi już dalszej drogi, jego historia nie musi być zakończona.
Sytuacja może wydawać się beznadziejna. Człowiek nie jest beznadziejnym przypadkiem.
Wiara nie może zastępować pomocy
Chcę tutaj postawić bardzo wyraźną granicę. Modlitwa nie zastępuje profesjonalnej pomocy psychologicznej, psychiatrycznej ani interwencji kryzysowej. Człowiek wierzący może potrzebować psychologa.
Może potrzebować psychiatry. Może potrzebować psychoterapii, leczenia, interwencji kryzysowej.
A kiedy istnieje bezpośrednie zagrożenie życia, potrzebuje natychmiastowej pomocy. Nie widzę w tym żadnej sprzeczności.
Wiara i profesjonalna pomoc nie muszą ze sobą walczyć.
Dla wielu osób wiara może być ważnym źródłem sensu, przynależności, nadziei i poczucia, że nawet w największym cierpieniu nie są całkowicie same.
Ale powiedzenie człowiekowi znajdującemu się w głębokim kryzysie wyłącznie: „Pomódl się. Bóg Ci pomoże” może być po prostu niewystarczające. Czasami trzeba zrobić znacznie więcej.
Pomodlić się. A potem zostać.
Wiara ma również ręce drugiego człowieka
To jest dla mnie chyba najważniejsze przesłanie tego tekstu. Wiara nie może kończyć się wraz ze słowem „Amen”.
Jeżeli wierzę, moja wiara powinna również kierować mnie ku człowiekowi. Zwłaszcza temu, który cierpi.
Mogę modlić się do św. Judy Tadeusza za kogoś znajdującego się w sytuacji, która wydaje się beznadziejna.
Ale po tej modlitwie być może powinienem wziąć telefon i zadzwonić.
Przyjechać. Zapukać do drzwi. Zapytać: „Jak naprawdę się czujesz?”
Nie tylko: „Wszystko dobrze?”.
Bo na takie pytanie bardzo łatwo odpowiedzieć: „Tak, wszystko w porządku”.
Może lepiej powiedzieć: „Widzę, że ostatnio jest Ci trudno. Martwię się o Ciebie. Chcesz ze mną porozmawiać?”
A później zrobić coś, co bywa znacznie trudniejsze niż zadawanie pytań.
Posłuchać. Bez oceniania. Bez natychmiastowego dawania rad. Bez „weź się w garść”. Bez „musisz być silny”.
Czasem wystarczy usiąść obok. A czasami trzeba powiedzieć:
„Nie wiem, jak rozwiązać Twój problem. Ale pomogę Ci znaleźć kogoś, kto będzie wiedział. I nie zostawię Cię z tym samego”.
Dla mnie właśnie tak może wyglądać wiara w praktyce. Nie tylko jako oczekiwanie na cud.
Ale również jako gotowość, żeby samemu stać się dla kogoś pomocą.
A jeśli to Ty jesteś częścią odpowiedzi?
Czasami prosimy Boga: „Pomóż mu”. „Daj jej siłę”. „Nie pozwól mu się poddać”. „Spraw, żeby zobaczyła sens”.
I warto wtedy zadać sobie jeszcze jedno pytanie:
A jeśli częścią odpowiedzi na tę modlitwę mam być właśnie ja?
Może nie wydarzy się nic spektakularnego. Może nie będzie wielkiego znaku.
Może odpowiedzią będzie telefon wykonany późnym wieczorem. Kubek herbaty.
Rozmowa w samochodzie. Przyjazd do człowieka, który napisał tylko trzy słowa: „Nie daję rady”.
Może będzie nią wspólne znalezienie psychologa. Zawiezienie kogoś do lekarza. Wezwanie pomocy.
Albo najprostsze:
„Jestem. Zostanę z Tobą”.
Być może właśnie na tym polega jeden z najpiękniejszych wymiarów wiary:
człowiek staje się darem pomocy dla drugiego człowieka.
Czasami nadzieję trzeba potrzymać za kogoś
Jako psycholog wiem, że nie zawsze możemy oczekiwać od człowieka znajdującego się w kryzysie, żeby miał nadzieję.
Czasami naprawdę jej nie ma. Nie dlatego, że jest słaby. Nie dlatego, że nie chce walczyć.
Być może jest po prostu tak zmęczony cierpieniem, że nie potrafi już zobaczyć jutra.
Dlatego zamiast mówić: „Musisz uwierzyć, że będzie dobrze”, możemy powiedzieć:
„Jeżeli Ty dzisiaj nie potrafisz uwierzyć, że coś może się zmienić, pozwól,
że przez chwilę ja potrzymam tę nadzieję za Ciebie”.
To nie jest obietnica, że jutro wszystko będzie dobrze. Nie możemy tego obiecać. To obietnica czegoś innego:
nie będziesz przez tę chwilę sam.
I właśnie tutaj desperate cases nabiera dla mnie jeszcze głębszego znaczenia.
Desperate cases. Nie desperate people.
To rozróżnienie jest dla mnie fundamentalne.
Mogą istnieć sytuacje przeżywane jako beznadziejne. Nie istnieją beznadziejni ludzie.
Nie każdą stratę można odwrócić.
Nie każdą chorobę można wyleczyć.
Nie każdą relację można odbudować.
Nie każdego wydarzenia można cofnąć.
Nadzieja nie oznacza więc naiwnego przekonania, że wszystko zawsze skończy się tak, jak chcemy.
Nadzieja czasami oznacza coś znacznie skromniejszego, ale niezwykle ważnego:
że mimo tego, co się wydarzyło, istnieje jeszcze następny krok.
Psychologia może pomóc człowiekowi zrozumieć własne cierpienie.
Suicydologia może pomóc rozpoznać zagrożenie i znaleźć drogę interwencji.
Psychiatria może leczyć.
A wiara może pozostawić jeszcze jedne uchylone drzwi: możliwość, że nawet teraz nie wszystko zostało powiedziane.
Nie chcę wybierać pomiędzy nimi.
Wybieram człowieka.
I wszystko, co może pomóc mu pozostać przy życiu.
Św. Juda Tadeusz i wiara, która wychodzi do człowieka
Dlatego kiedy dzisiaj myślę o św. Judzie Tadeuszu, patronie desperate cases, nie widzę wyłącznie świętego, do którego ludzie zwracają się w najtrudniejszych chwilach swojego życia. Widzę także przypomnienie o naszej odpowiedzialności za drugiego człowieka.
Jeżeli obok mnie jest ktoś w kryzysie, moja wiara nie powinna pozwolić mi przejść obojętnie.
Mogę się za niego modlić. Ale mogę też zapytać. Mogę wysłuchać. Mogę pomóc znaleźć specjalistę.
Mogę zostać przy nim tej jednej trudnej nocy. Mogę wezwać pomoc, kiedy jego życie jest zagrożone.
Bo wiara jest również darem pomocy drugiemu człowiekowi.
I być może właśnie tutaj św. Juda Tadeusz, psychologia i suicydologia spotykają się najmocniej.
W jednym prostym przesłaniu:
Sytuacja może wydawać się beznadziejna. Człowiek nigdy nie jest „beznadziejnym przypadkiem”.
Jeśli dzisiaj to Ty jesteś w swoim „desperate case”
Jeżeli czytasz te słowa dlatego, że sam znalazłeś się w miejscu, z którego nie widzisz już wyjścia, chcę Ci powiedzieć coś jako psycholog i suicydolog. Nie musisz dzisiaj rozwiązać całego swojego życia.
Nie musisz wiedzieć, jak będzie wyglądał następny miesiąc, rok czy nawet kolejny tydzień.
Nie musisz również udawać przed światem, że jesteś silny.
I nie musisz w tej chwili czuć nadziei.
Ale proszę:
nie zostawaj z tym sam.
Powiedz komuś. Zadzwoń. Poproś o pomoc. Pozwól drugiemu człowiekowi wejść choć na chwilę do Twojej ciemności.
Bo to, że dzisiaj nie widzisz wyjścia, nie oznacza, że go nie ma. Być może cierpienie po prostu zasłoniło Ci drzwi.
Czasami nadzieja przychodzi w modlitwie.
Czasami w gabinecie psychologa.
Czasami poprzez leczenie.
Czasami w rozmowie z kimś bliskim.
A czasami po prostu puka do naszych drzwi drugim człowiekiem.
I być może właśnie wtedy wiara przestaje być tylko słowem.
Staje się obecnością.
Jeśli Ty lub ktoś obok Ciebie znajduje się w kryzysie psychicznym albo doświadcza myśli samobójczych, nie zostawajcie z tym sami. W sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia dzwoń pod numer 112. Pomoc i rzetelne informacje dotyczące kryzysu samobójczego znajdziesz również w serwisie „Życie Warte Jest Rozmowy”.