Nie bierz na siebie winy za rzeczy, których nie spowodowałeś
Czasem człowiek przez lata przeprasza za burzę, której sam nie wywołał
Niedawno zatrzymałem się przy słowach Krzysztofa Zanussiego: „Nie wolno się przejmować tym, czemu nie jesteś winien”.
To jedno zdanie wywołało we mnie dłuższą refleksję. Pomyślałem, że można je wypowiedzieć również tak:
Nie bierz na siebie winy za rzeczy, których nie spowodowałeś i na które nie miałeś wpływu.
Brzmi prosto. A jednak dla wielu osób jest to jedna z najtrudniejszych rzeczy do przyjęcia. Możemy bowiem rozumieć te słowa rozumem, a jednocześnie zupełnie nie czuć ich w środku. Nadal przepraszać. Nadal tłumaczyć się z cudzego zachowania. Nadal zastanawiać się, czy gdybyśmy byli bardziej cierpliwi, uważni, spokojni albo po prostu „lepsi”, wszystko potoczyłoby się inaczej.
I właśnie wtedy zaczynamy dźwigać ciężar, który od początku nie należał do nas.
Wina lubi przychodzić bez zaproszenia
Poczucie winy samo w sobie nie jest czymś złym. Gdy rzeczywiście kogoś skrzywdziliśmy, może być ważnym sygnałem. Zatrzymuje nas, skłania do refleksji, przeprosin i naprawienia szkody. Zdrowe poczucie winy mówi: „Zrobiłem coś, za co powinienem wziąć odpowiedzialność”. Problem zaczyna się wtedy, gdy czujemy się winni, mimo że nie uczyniliśmy niczego złego.
Dziecko obwinia się o rozwód rodziców. Dorosły syn uważa, że powinien był uratować uzależnionego ojca. Kobieta doświadczająca przemocy zastanawia się, czym sprowokowała kolejny wybuch partnera. Mężczyzna czuje się odpowiedzialny za emocje wszystkich wokół i milczy, choć sam od dawna nie ma już siły. Osoba pogrążona w żałobie wraca do ostatniej rozmowy i szuka jednego zdania, które mogłoby zmienić bieg wydarzeń.
„Gdybym wtedy zadzwonił…”. „Gdybym wcześniej zauważyła…”. „Gdybym powiedział coś innego…”.
„Gdybym był lepszym dzieckiem, partnerem, rodzicem, przyjacielem…”.
Tak działa umysł, kiedy próbuje odzyskać poczucie kontroli nad czymś, nad czym kontroli nie miał. Czasem łatwiej uznać siebie za winnego, niż przyjąć bolesną prawdę, że nie wszystko dało się przewidzieć, zatrzymać lub naprawić.
Nie wszystko, co Cię dotknęło, zostało przez Ciebie spowodowane
Nie wybieramy domu, w którym przychodzimy na świat. Nie odpowiadamy za niedojrzałość swoich rodziców, ich uzależnienia, przemoc, chłód czy nieobecność. Nie jesteśmy winni temu, że ktoś nas odrzucił, zdradził, poniżył albo wykorzystał nasze zaufanie.
Nie odpowiadamy również za każdą decyzję dorosłego człowieka, nawet jeśli jest nam bardzo bliski.
Możemy kochać. Możemy rozmawiać, ostrzegać, prosić i towarzyszyć. Możemy szukać pomocy. Nie możemy jednak przeżyć czyjegoś życia za niego ani własnymi rękami sterować wszystkimi jego wyborami.
To trudna granica, szczególnie dla osób, które od dziecka uczyły się pilnować nastrojów innych ludzi. Dziecko żyjące w nieprzewidywalnym domu szybko zaczyna wierzyć, że od jego zachowania zależy spokój całej rodziny. Uczy się rozpoznawać ton głosu, sposób zamykania drzwi, kroki na korytarzu. Staje się czujne. Dopasowuje się. Próbuje nie sprawiać problemów.
Po latach może nadal czuć, że musi wszystkich uspokajać, ratować i chronić przed konsekwencjami ich decyzji. Jeśli ktoś obok cierpi albo się złości, automatycznie pyta: „Co zrobiłem nie tak?”. A czasami prawdziwa odpowiedź brzmi: nic.
Współczucie nie wymaga uznania siebie za winnego
Można widzieć czyjś ból i nie brać za niego całej odpowiedzialności. Można komuś współczuć, a jednocześnie stawiać granice. Można kochać człowieka, lecz nie zgadzać się na to, by ranił nas w imię własnych trudnych doświadczeń.
To nie jest obojętność ani egoizm. To dojrzałość.
W relacjach często mylimy odpowiedzialność z poświęceniem. Wydaje nam się, że skoro jesteśmy blisko, powinniśmy wytrzymać jeszcze trochę, przemilczeć kolejne upokorzenie, naprawić następną szkodę i po raz kolejny uwierzyć w obietnicę bez zmiany zachowania.
Ale cudze cierpienie nie daje nikomu prawa do krzywdzenia innych. Trudna przeszłość może wyjaśniać zachowanie człowieka, lecz nie zawsze je usprawiedliwia.
Brak winy nie oznacza braku odpowiedzialności za dalsze życie
W tym miejscu potrzebne jest ważne dopowiedzenie. Zdanie „to nie moja wina” nie powinno stać się sposobem uciekania od wszystkiego. Czym innym jest uwolnienie się od fałszywej winy, a czym innym zaprzeczanie własnemu udziałowi w wydarzeniach.
Warto więc zadać sobie trzy pytania:
- Czy naprawdę spowodowałem to, co się wydarzyło?
- Na co miałem wówczas rzeczywisty wpływ, biorąc pod uwagę moją wiedzę, wiek, możliwości i stan emocjonalny?
- Za co mogę wziąć odpowiedzialność dzisiaj?
Nie jesteśmy winni ranom zadanym nam przez innych. Jesteśmy jednak odpowiedzialni za to, co zrobimy z nimi dalej, kiedy pojawią się warunki i siła, by się nimi zająć.
Możemy poszukać pomocy. Nazwać krzywdę. Przestać chronić osobę, która nas rani. Nauczyć się stawiać granice. Zdecydować, że ból nie będzie dalej przekazywany dzieciom, partnerowi czy innym ludziom.
To nie zawsze dzieje się szybko. Człowiek nie wychodzi z wieloletniego poczucia winy jednym zdaniem. Czasami potrzebuje bezpiecznej relacji, terapii, czasu i wielu prób, zanim naprawdę uwierzy, że nie musi już odpowiadać za cały świat.
Oddaj to, co nigdy nie było Twoje
Być może od lat nosisz w sobie czyjś gniew, czyjeś rozczarowanie albo odpowiedzialność za wydarzenie, którego nie mogłeś zatrzymać. Być może przepraszasz za swoje pochodzenie, wygląd, chorobę, wrażliwość albo za to, że nie spełniłeś oczekiwań napisanych dla Ciebie przez innych ludzi. Spróbuj na chwilę się zatrzymać i zapytać:
Czy to naprawdę jest moja wina, czy tylko od dawna przyzwyczaiłem się ją nosić?
Nie każda rzecz, którą dźwigamy, należy do nas. Niektóre ciężary zostały nam podane tak wcześnie, że zdążyliśmy uznać je za część siebie. A przecież można je odłożyć. Czasami powoli. Czasami przy czyjejś pomocy. Ale można.
Nie zmienimy tego, co już się wydarzyło. Możemy jednak przestać codziennie wymierzać sobie karę za cudze decyzje i za sytuacje, których nie byliśmy w stanie kontrolować.
Dlatego ze słów Krzysztofa Zanussiego pozostaje we mnie właśnie ta myśl:
Nie bierz na siebie winy za rzeczy, których nie spowodowałeś i na które nie miałeś wpływu. Nie wstydź się ran, których sam sobie nie zadałeś. A kiedy będziesz gotowy, zdecyduj, co chcesz zrobić z nimi dalej.
Nie chodzi o zapomnienie. Nie chodzi również o udawanie, że nic się nie stało.
Chodzi o odzyskanie własnego życia.
Przemek
psycholog, psychotraumatolog, suicydolog