Są jak poranne słońce na mokrej trawie – niepewne, wstydliwe, a jednocześnie pełne obietnicy nowego dnia. Dziewczynki. Ciche bohaterki codzienności, których świat nie zawsze uczy kochać, zanim nauczy je wymagać. Widziałem je nie raz w gabinecie, na szkolnym korytarzu, w oczach matki patrzącej na córkę z niezrozumieniem.
Dziewczynki, które miały być „grzeczne”, „ładne”, „ciche”. Dziewczynki, które zamiast słów dostały milczenie, a zamiast przytulenia – odwrócone plecy.
Niekochana córka…
To brzmi jak mit, a przecież jest brutalną rzeczywistością.
Dziewczynki, które nie zaznały miłości w dzieciństwie, wchodzą w dorosłość z bagażem cięższym niż wszystkie tornistry świata. Noszą w sobie lęk przed odrzuceniem tak silny, że potrafią sprzedać własne serce za odrobinę uwagi.
Albo przeciwnie – zamykają się w twierdzy samotności, zanim ktokolwiek zdąży zapukać do ich drzwi.
Niekochana córka uczy się od początku, że na miłość trzeba zasłużyć. Że trzeba być „lepszą”, „mniejszą”, „cichszą”. Że jej ciało nie jest miejscem świętym, tylko polem walki o akceptację.
Często spotykam kobiety, które płaczą w moim gabinecie, mówiąc:
„Nie umiem być w związku. Kocham za bardzo. Albo w ogóle nie potrafię kochać.”
Za tymi zdaniami stoi mała dziewczynka, która nie usłyszała: „Jesteś ważna. Jestem z ciebie dumny. Kocham cię taka, jaka jesteś.”
Niekochane córki uczą się tańczyć na linie – balansować między pragnieniem bliskości a strachem przed bólem. Wybierają partnerów, którzy przypominają im ten sam, bolesny dom, bo tylko tam nauczyły się, czym jest „miłość”. Albo uciekają od miłości tak daleko, jak tylko potrafią, żeby już nigdy nie poczuć pustki.
Ich przywiązanie przypomina drżącego ptaka, który boi się wznieść w powietrze. W stylu lękowym trzepoczą skrzydłami, próbując złapać każdy okruch uwagi, z obsesyjnym lękiem przed zdradą i odrzuceniem. W stylu unikowym zamieniają się w lodowe posągi – zimne spojrzenia, grube mury zbudowane z ciszy, dystans, który boli bardziej niż samotność sama w sobie.
I jeszcze ta przeklęta niska samoocena… Kiedyś ktoś powiedział im, że są „za dużo” albo „za mało”. Że nie zasługują. Więc uwierzyły.
Niekochana córka nie umie stawiać granic, bo całe życie uczyła się być elastyczna jak wosk – dla innych. Nie wie, że „nie” jest pełnym zdaniem. Nie wie, że szacunek zaczyna się od siebie.
Szczerze mówiąc – boli mnie to. Bo każda niekochana dziewczynka mogła być kobietą, która kocha z otwartym sercem, bez lęku. Mogła być kobietą, która mówi: „Nie pozwalam ci mnie ranić”.
Mogła być kobietą, która patrzy w lustro i mówi: „Wystarczam”. Ale żeby to się stało, musimy nauczyć dziewczynki miłości – zanim nauczymy je posłuszeństwa.
Musimy pokazać im, że ich wartość nie mieści się w centymetrach talii ani w ocenach innych ludzi.
Musimy przytulić ich chaos, ich gniew, ich smutek.
Musimy powiedzieć: „Jestem. Zawsze. Nawet jeśli krzyczysz, nawet jeśli uciekasz. Kocham cię, bo jesteś.”
Czuję, że ten tekst może być nie tylko artykułem, ale też małym wołaniem do rodziców, nauczycieli, terapeutów – do wszystkich, którzy mają odwagę uczyć dziewczynki miłości. A teraz dalej moje myśli…..
Pamiętam jedną dziewczynę, nazwijmy ją Ola. Ma 41 lat.
Kiedy przyszła do gabinetu, siedziała skulona na krześle jak mały ptak złożony z samych kości i strachu.
Nie patrzyła w oczy.
Dałem przestrzeń do opowiadania tego co chciała, i opowiadała mi jak będąc małą dziewczynką rysowała serduszka, każde przekreślone grubą, czarną kreską.
Dlaczego je przekreślałaś ? – zapytałem. Bo nikt mnie nie kochał – odpowiedziała bez zawahania.
Miała wtedy 8 lat i już przekreśliła miłość.
Jej mama była wiecznie zajęta: praca, telefony, perfekcyjne życie na Instagramie. Tata? Był, ale tak, jakby go nie było – bardziej cień niż człowiek.
Ola nauczyła się, że jeśli będzie cicho i niewidoczna, to może chociaż nie będzie przeszkadzać.
W dorosłości Ola stała się kobietą, która przyciągała mężczyzn wymagających, chłodnych, krytycznych.
Nie umiała powiedzieć „dość”, bo bała się, że zostanie sama. A samotność bolała bardziej niż bycie ranioną.
Widzisz powiedziałem do Oli? Tak wygląda przekreślone serduszko w realnym świecie.
Metafora?
Dziewczynka niekochana w dzieciństwie jest jak kwiat, który wyrasta na cieniu. Rozciąga swoje łodygi w stronę każdego, kto choć na chwilę da odrobinę światła. Ale przez brak słońca jej płatki są blade, kruche, często opadają zanim zdążą naprawdę rozkwitnąć.
I choć całą swoją istotą pragnie rozwinąć się w pełni – wiatr byle jakiej krytyki potrafi złamać ją w pół.
Szczerze mówiąc… To nie jest tekst o „smutnych dziewczynkach”.
To jest tekst o odpowiedzialności.
O tym, co robimy lub czego nie robimy, zanim jeszcze nauczą się mówić „kocham” — i zanim nauczą się mówić „nie”.
z serdecznością Przemek – człowiek Twój psycholog…….
Wydobyć się że skorupy niekochana siebie to długie lata cierpienia w samotności.” Patrzysz w lustro codziennie rano i mówisz : nikt mnie nie kocha, mogę liczyć tylko na siebie”. Wykonujesz zadania dnia codziennego, zadania matki, żony ,studentki, córki, pracownika. Wiesz że nie zasługujesz na miłość….no chyba że urodzisz człowieka i On będzie Cię kochał….tylko taka możliwość. Rana matki brak akceptacji przez najbliższą osobę……nerwica lekkowa napadu paniki…..ooooo jaka pani cudowna musiała Pani mieć cudowne życie….świadoma starość co najwyżej 🙂
Droga Doroto,
Twoje słowa są jak echo, które rozchodzi się po cichych, zapomnianych korytarzach serca.
„Wydobyć się ze skorupy niekochania siebie to długie lata cierpienia w samotności.”
Jak bardzo w tych kilku słowach zawiera się cała prawda o kobiecie, o człowieku, który rano patrzy w lustro i widzi nie odbicie, ale pustkę. Patrzy i pyta: „Czy ja w ogóle jestem warta miłości?”
I dalej….. zakłada maskę. Maskę matki, żony, studentki, córki, pracownicy.
Każdą z tych masek nosisz, Doroto, z takim poświęceniem, że aż boli.
Każda z tych ról jest jak kolejna warstwa skorupy.
Bo w środku jest ktoś. Jest mała dziewczynka, która tak bardzo chciała usłyszeć: „Jesteś dobra taka, jaka jesteś”.
Zamiast tego słyszała: „Nikt Cię nie pokocha”, „Musisz być silna”, „Nie przesadzaj, nie histeryzuj”.
Więc w końcu uwierzyła.
I zaczęła kochać warunkowo. Zasłużyć. Zapracować. Wywalczyć.
Aż w końcu zaczęła wierzyć, że jedyna pewna miłość to ta, którą może dać dziecku bo ono jeszcze nie wie, że trzeba być „idealnym”, żeby zasłużyć.
A Ty, Doroto, w tej swojej cichej walce — wygrywasz codziennie.
Bo pomimo napadów paniki, nerwicy, tych wszystkich lęków i głosów w głowie, które mówią: „Jesteś nikim”, Ty codziennie wstajesz.
Wstajesz i robisz śniadanie. Wstajesz i idziesz na zajęcia. Wstajesz i uczysz się.
Wstajesz i kochasz.
I chociaż nie widzisz jeszcze w lustrze tej kobiety, którą naprawdę jesteś — ona tam jest.
Pod tymi warstwami.
Pod tym: „Mogę liczyć tylko na siebie”.
Pod tym: „Nie zasługuję na miłość”.
Tam jest Dorota, która wreszcie zaczyna się wykluwać.
Dorota, która czasem zapłacze.
Dorota, która czasem powie: „Nie daję rady”.
Dorota, która kiedyś spojrzy w lustro i powie: „Jestem. Wystarczająca. Kochana.”
To droga. Długa, bolesna, pełna nawrotów. Ale ta droga nie jest samotna, jeśli masz odwagę przyjąć czyjąś dłoń.
Nie ma większej odwagi niż ta, by przyznać: „Potrzebuję być kochana”.
I tak ktoś powie: „Ooo, jaka pani cudowna, musiała mieć pani cudowne życie”.
A Ty uśmiechniesz się smutno, bo wiesz, ile krwi, łez i bezsennych nocy kryje się za tym uśmiechem.
Ale może ten ktoś kiedyś zrozumie.
Doroto, dziękuję Ci, że podzieliłaś się swoim głosem.
Za każdym razem, gdy ktoś odważa się opowiedzieć swoją historię, jedna kobieta mniej musi czuć się sama w swoim lustrze.
„Nie musisz być idealna, żeby zasługiwać na miłość. Musisz tylko być.”
Z wdzięcznością i pełnym szacunkiem,
Przemek