Tekst, który krąży po sieci na Facebooku o Doris Lessing, wielu czyta jak krytykę systemu edukacji.
Jak kolejny głos w dyskusji o tym, czy szkoła ogranicza, czy rozwija.
A ja… szczerze mówiąc, czytam go inaczej. Czytam go oczami człowieka, który siedzi naprzeciwko ludzi, którzy przestali wiedzieć, kim są. I nagle ten tekst przestaje być o edukacji. Zaczyna być o człowieku.
Czasem do naszych gabinetów przychodzi ktoś, kto „zrobił wszystko dobrze”. Dobre oceny. Studia. Praca. Związek. Życie poukładane jak z podręcznika.
I w pewnym momencie… coś pęka. Nie zawsze spektakularnie. Częściej cicho. Bez krzyku. Bez dramatu.
Po prostu siada naprzeciwko mnie i mówi: „Ja nie wiem, czy to jest moje życie.”
I wiesz co jest najtrudniejsze? On naprawdę tego nie wie. Bo przez lata uczył się odpowiadać na pytania, które ktoś mu zadał. Nigdy nie nauczył się zadawać własnych.
Lessing nazwała to wprost indoktrynacją. Ja w swojej pracy widzę jej skutki.
Nie w formie ideologii. Nie w postaci wielkich deklaracji.
Tylko w małych zdaniach, które bolą bardziej niż cokolwiek innego: „tak trzeba” „tak się robi” „tak wypada” I człowiek zaczyna żyć w tych „tak”.
Krok po kroku. Trochę mniej siebie. Trochę więcej roli. Trochę mniej czucia. Trochę więcej działania.
Aż w końcu zostaje sam z pytaniem: gdzie ja w tym wszystkim jestem?
W suicydologii dużo mówimy o bezradności. O poczuciu braku sensu. O przeciążeniu. Ale jest jeszcze coś… mniej uchwytnego. Utrata siebie. Nie nagła. Nie dramatyczna.
Raczej jak powolne ścieranie się konturów. Najpierw przestajesz słuchać siebie
w małych sprawach. Potem w większych. Aż w końcu… już nie wiesz, co jest Twoje.
I kiedy przychodzi kryzys a on zawsze w końcu przychodzi nie masz się na czym oprzeć. Bo jeśli całe życie było odpowiedzią na oczekiwania… to w środku nie ma fundamentu.
Jest cisza. I dla wielu ludzi ta cisza jest nie do zniesienia.
I tu wracam do Lessing.
Bo jej myśl, że systemy uczą nas dostosowania nie jest problemem sama w sobie.
Problem zaczyna się wtedy, gdy człowiek nie ma przestrzeni, by z tego dostosowania wyjść. By zapytać: czy ja w to wierzę? czy ja tego chcę? czy to jest moje? Bo zobacz… To nie szkoła jest wrogiem.
Nie system.
Największym zagrożeniem jest moment, w którym człowiek przestaje zadawać pytania. Bo wtedy zaczyna żyć na autopilocie. A autopilot… nie prowadzi do życia. Prowadzi do przetrwania.
W mojej pracy widzę to bardzo wyraźnie. Ludzi, którzy potrafią wszystko. Są kompetentni, odpowiedzialni, „ogarnięci”. Ale kiedy pytam: „czego Pan chce?” zapada cisza.
Długa. Czasem bolesna. Bo nikt ich tego nie uczył. Uczyli się, jak być dobrym uczniem. Dobrym pracownikiem. Dobrym partnerem.
Ale nie uczyli się, jak być sobą.
I nie chcę, żeby to wybrzmiało jak oskarżenie. To nie jest tekst przeciwko edukacji.
To jest tekst o tym, że edukacja bez przestrzeni na refleksję może stać się klatką. Nawet jeśli ma najlepsze intencje. Bo człowiek nie potrzebuje tylko wiedzy.
Potrzebuje sensu. A sens nie rodzi się z odpowiedzi. Rodzą go pytania.
Czasem ktoś mnie pyta: co jest momentem przełomowym w wychodzeniu z kryzysu?
I wiesz co najczęściej odpowiadam? To nie jest moment, kiedy ktoś dostaje odpowiedź. To jest moment, kiedy zaczyna zadawać własne pytania. Naprawdę własne.
Nie te, które „wypada”. Nie te, które „trzeba”. Tylko te, które są jego.
To bywa trudne. Czasem przerażające. Bo nagle okazuje się, że nie ma gotowych dróg. Ale jednocześnie… to jest pierwszy moment wolności.
Lessing powiedziałaby pewnie, że to jest początek prawdziwej edukacji. Ja powiedziałbym inaczej.
To jest początek powrotu do siebie. A to, w mojej pracy, często jest różnicą między przetrwaniem…
a życiem. Nie chodzi o to, żeby odrzucić wszystko, czego nas nauczono.
Chodzi o to, żeby mieć odwagę sprawdzić, co z tego jest naprawdę nasze. Bo człowiek, który nigdy tego nie zrobi… prędzej czy później poczuje, że żyje cudzym życiem. A to jest jeden z najbardziej samotnych stanów, jakie znam.
Dlatego kiedy dziś ktoś pyta: „po co nam edukacja?” odpowiadam spokojnie: po to, żeby nauczyć się myśleć. Ale jeśli edukacja nie uczy zadawania pytań… to zostawia człowieka z wiedzą i bez kierunku.
A to jest bardzo niebezpieczne połączenie. I może właśnie o to chodziło Lessing.
Nie o bunt dla samego buntu. Tylko o przypomnienie, że człowiek ma prawo do własnego myślenia.
Do własnych pytań. Do własnego życia.
Bo wiesz…, kiedy ktoś siedzi naprzeciwko mnie i mówi: „nie wiem, kim jestem”
to nie jest początek końca. To jest choć brzmi to paradoksalnie początek.
Pierwsze prawdziwe pytanie. A od niego zaczyna się wszystko.